Kulinarnik Towarzyski
część druga, czyli:
Letnia sałatka kalafiorowa
- Moge jefce? – Ledwo otworzyłam drzwi do mieszkania, dobiegł mnie z kuchni niewyraźny głos mojego synka Piotrusia, który najwyraźniej właśnie coś zajadał.
- Piotrusiu, nie mówimy z pełną buzią – wkroczyłam do kuchni, spodziewając się zastać go z batonikiem w ręce, ale siedział sobie spokojnie nad talerzem umazanym białym sosem i chrupał zadowolony, jak królik marchewkę.
Artur, mój mąż, rzucił mi szeroki uśmiech od strony lodówki, z której właśnie wyciągał wielką michę czegoś niezidentyfikowanego.
- Zrobiłem kolację! – powiedział z dumą.
- TO jest kolacja? – wytrzeszczyłam oczy i wskazałam białe kawałki do których Piotruś popędził właśnie, stanowczo domagając się dokładki.
- Mama, to dobre, ja pomagałem! – synek z dumą postawił przede mną czysty talerzyk, po czym chrupiąc swoją dokładkę wymaszerował z kuchni.
- No dobra, co to jest? – podejrzliwie obwąchałam potrawę, wyczuwając jedynie lekki zapach czosnku i świeżo zmielonego pieprzu.
- Sałatka z kalafiora, kumpel z pracy dał mi przepis, mówił, że to świetne do grilla i na przekąskę w upały też – Artur z rozpędu nałożył mi pełen talerz.
- Jak to? To dlaczego to chrupie? – rozejrzałam się podejrzliwie, węsząc jak rasowy ogar. Okno było zamknięte, a nigdzie nie unosił się charakterystyczny i mało przyjemny zapaszek gotowanego kalafiora.
- Chrupie, bo jest surowe – popatrzył na mnie z troską i domieszką politowania – Ty się dobrze czujesz?
- Jak to surowe! – zdenerwowałam się – Piotruś! Piotruś, chodź tu zaraz! Dawaj talerz. Matko, już wszystko zjadłeś? Brzuszek cię rozboli! – klapnęłam na kuchenny stołek wodząc wzrokiem od jednego z moich mężczyzn do drugiego
- Przestań panikować i spróbuj w końcu! – Artur zdenerwował się, odsyłając Piotrusia z powrotem do pokoju – I w ogóle czemu coś miałoby go rozboleć? Kto powiedział, że kalafior ma być zawsze rozgotowany na paćkę i śmierdzieć na pół domu?!
- Jakbyś mnie wtedy nie zagadywał to nic by się nie rozgotowało na żadną paćkę! – oburzyłam się, wspominając moją ostatnią próbę stworzenia czegoś jadalnego z użyciem tego, jak mi się wydawało, niezbyt ciekawego warzywa.
Mąż wzniósł oczy ku niebu, pokręcił lekko głową i wyszedł do pokoju, oglądać z Piotrusiem dobranockę. Wyzwoliwszy się w końcu spod ostrzału spojrzeń spróbowałam. Sałatka była chrupiąca, lekko ostra i bardzo smakowita.
- Przepraszam, mieliście rację – z miną skruszonego grzesznika i talerzem w ręce dołączyłam do rodzinki, która właśnie z uwagą śledziła losy Muminków – co do niej dałeś? – zwróciłam się do Artura.
- Normalnie, kawałki surowego kalafiora, trzy posiekane ząbki czosnku, puszkę kukurydzy, trzy łyżki majonezu, sól i pieprz.
- A ja mieszałem! – pochwalił się Piotruś, nie odrywając wzroku od ekranu, na którym właśnie pojawiła się Mamusia Muminka, wyganiająca swoją gromadkę do łóżek.
- Piotruś, Muminki idą spać, na ciebie też kolej. Wykąpiesz go? – popatrzyłam pytająco na męża.
Obaj znikli w łazience, a ja odczekałam chwilę, aż szum wody zagłuszy odgłos moich kroków i podreptałam do kuchni. Po dokładkę.
ja tam uwielbiam surowy kalafior, mogę go jeść saute lub właśnie z jakimiś miksturami majonezowymi :D
OdpowiedzUsuńkalafior uwielbiam, ale nigdy nie próbowałam surowego ;p
OdpowiedzUsuńteż lubię surowy kalafior! :P
OdpowiedzUsuńp.s.masz talent literacki!
ja surowego nigdy nie jadłam :D ale kalafior bardzo lubie :) gotowany,, w zupie i w innych daniach :P
OdpowiedzUsuńuwielbiam surowego kalafiora !
OdpowiedzUsuńAch, mężczyźni... ;D
OdpowiedzUsuńAle fajnie to opisałaś :)) No i Mąż super ;)
OdpowiedzUsuńJa lubię kalafiora gotowanego, a surowego jeszcze nie jadłam... Może to błąd!