sobota, 29 grudnia 2012

Domowa odżywka bez spłukiwania

Prawie rok temu pisałam, że postanowiłam zmiksować sobie coś w rodzaju odżywki do włosów ze składników ze sklepu Zrób Sobie Krem. Chyba najwyższy czas napisać coś o efektach stosowania.

Skład to keratyna 3%, mleczko pszczele w glicerynie 3%, elastyna 3%, konserwant FEOG 1% (dzięki niemu trzymam odżywkę w łazience a nie w lodówce i nie przejmuję się tym, ile czasu mam na zużycie buteleczki) i woda destylowana 90%. Dodałam jeszcze kilka kropli olejku eterycznego z grapefruita, mam więc 101% odżywki ;) Przechowuję ją w buteleczce z pompką z Rossmanna - znajdziecie tam pojemniki podróżne różnego rodzaju. Niestety nie ma butelek z atomizerem, a na pewno byłyby do tego celu jeszcze lepsze.
Wszystkie użyte składniki (poza konserwantem, którego rola jest oczywista) mają za zadanie wzmocnienie włosów, uelastycznienie ich, ochronę przed działaniem czynników atmosferycznych a przede wszystkim głębokie nawilżenie. 

Płyn jest zupełnie rzadki i w wersji podstawowej ma raczej
dziwaczny zapach ze względu na obecność keratyny. Mi ten smrodek wybitnie nie przypadł do gustu, ale olejek eteryczny maskuje go na szczęście bardzo skutecznie.

Stosuję go na różne sposoby i z różną regularnością, czasem codziennie, a czasem jak mi się przypomni. Niezależnie od tego, czy spryskuję wilgotne czy suche włosy, nie obciąża ich. Ułatwia rozczesywanie włosów rozczochranych po nocy i ujarzmianie naelektryzowanych i puszących się, co przydaje się zwłaszcza teraz, w sezonie kaloryferowo - czapkowym. 
Nie mogę ocenić jednoznacznie jego wpływu na kondycję mojej czupryny, bo dobry stan zawdzięczam też hennie, odpowiednim szamponom i szczotce TT (nadal nie wiem czy ją lubię czy nie, ale nadal używam tylko jej :P), ale w porównaniu do innych odżywek bez spłukiwania, które czasem zostawiały mi na głowie coś, co wyglądało jak hełm niemyty od tygodnia, jest naprawdę przyjemna. Duży plus za element aromaterapeutyczny, bo można ją wyczarować w zupełnie dowolnym zapachu.

czwartek, 20 grudnia 2012

ZIeeeelono mi - spirulina 100%


Do kompletu do ostatniej notki, dzisiaj chcę Wam przedstawić jeszcze jeden produkt firmy JSBeaute, a mianowicie czystą spirulinę.
Chodziłam wokół tego kosmetyku (jeśli można tak nazwać jednoskładnikowy produkt) dobre trzy lata. Kiedyś miałam styczność ze spiruliną hawajską w tabletkach i zapach po otwarciu opakowania najpierw mnie niemal powalił, a potem pozostał w świadomości na całe lata ;) Dlatego zanim zaryzykowałam wypróbowanie spiruliny w formie maseczki, zapytałam właścicielkę sklepu, panią Joannę o to, "czy spirulina strasznie śmierdzi" :)) Zostałam uspokojona, że zapach jest faktycznie charakterystyczny, ale nie zabija intensywnością i rzeczywiście - zarówno w formie proszku jak i rozrobiona wodą, spirulina pachnie jak pokarm płatkowy dla rybek, więc da się to spokojnie znieść. 
Proszek powstaje ze sproszkowania mikroalg Spirulina Platensis czyli z organizmu, który zawiera najwięcej substancji odżywczych ze wszystkich dotychczas przebadanych roślin i innych żywych organizmów. Znajdziemy w nim witaminy, aminokwasy, enzymy, minerały i kwasy tłuszczowe, w dodatku łatwo przyswajalne przez organizm. Właściwości spiruliny doceniano już ponad 1000 lat temu - zdaniem Chińczyków algi te odpowiednio stosowane upiększały i odmładzały ciało.
Ja stosuję je w formie maseczki na twarz.Wystarczy wymieszać porcję proszku z wodą do konsystencji gęstej śmietany, nałożyć i odczekać jakiś czas, a potem zmyć. Zwykle trzymam maskę na twarzy 15 - 20 minut, ponieważ po całkowitym zaschnięciu algi lubią się zachowywać podobnie jak glinka i nieco osypywać, a zielona łazienka to nie jest to, czego pragnę ;)
Do zmywania maski najlepiej użyć wacików kosmetycznych lub celulozowej gąbki. Nie polecam ściereczek z mikrofibry, bo spirulina ma BARDZO intensywny kolor i trudno ją potem idealnie wywabić z czyścików bez angażowania do pomocy pralki. Po zmyciu skóra jest delikatnie ściągnięta, więc najlepiej stosować algi wieczorem, przed nałożeniem kremu na noc.
Jeśli chodzi o efekty to dokładnie tak wyobrażałam sobie prawidłowe działanie naturalnego kosmetyku - żadnych podrażnień, szczypania itd nawet jeśli nałoży się papkę blisko oczu. Skóra robi się lepiej napięta i rozjaśniona - znikają ślady zmęczenia po całym dniu. Dodatkowo przy częstszym stosowaniu można zauważyć, że zdecydowanie mniej się przetłuszcza a i skłonność do pojawiania się niemiłych niespodzianek zostaje nieco opanowana. 
Ponieważ z działania specyfiku na twarz jestem bardzo zadowolona, ciekawią mnie inne zabiegi z użyciem spiruliny - może macie jakieś swoje ulubione? Podzielcie się wrażeniami :)

sobota, 8 grudnia 2012

Peelingująca maseczka enzymatyczna z kwasami AHA

Lubię peelingi i maski z enzymami - moja skóra od zawsze dobrze na nie reaguje. W dodatku od jakiegoś czasu mam dwa ulubione kosmetyki z papają i rozglądam się za nią wśród różnych nowości (jeśli coś polecacie, dajcie znać :) ) Dlatego zaciekawił mnie peeling owocowy z enzymami papai i ananasa firmy JS Beaute, o której pisałam już kilka razy przy okazji testowania masek algowych, oleju marchwiowego i peelingu z nasion truskawki.
Według producenta, "połączenie enzymów papainy (zawartej w owocach papai) i bromelainy (pozyskiwanej z owoców ananasa) pozwoliło uzyskać produkt o dużej skuteczności działania(...). Papaina posiada własności niszczenia grzybów i pleśni. Bromelaina (...) posiada zdolność łagodzenia stanów zapalnych, działa przeciwbólowo, zmniejsza obrzęki i wspomaga gojenie się ran.
Jak wiele kosmetyków z oferty sklepu, produkt ten ma postać drobnego proszku do samodzielnego rozrobienia z wodą. Ma to swoje plusy i minusy - z jednej strony trzeba się chwilę "pobawić" przed nakładaniem, ale za to z drugiej możemy dowolnie zmieniać proporcje, kombinować z dodatkowymi składnikami itd.
Proszek miesza się z ciepłą wodą do osiągnięcia konsystencji pasty i nakłada na oczyszczoną skórę na 10 - 15 minut. Po tym czasie trzeba zmyć maskę i najlepiej zrobić to przy użyciu mikrofibry, papierowego ręcznika lub gąbki celulozowej, ponieważ konsystencja przypomina glinkę, a kto próbował zmywać glinkę gołymi rękami, wie o czym mówię ;)
Skóra od razu po użyciu robi się wygładzona i uspokojona. Ja dodatkowo używam płynu micelarnego albo toniku bo peeling pozostawia u mnie uczucie ściągnięcia takie jak po zastosowaniu czystych glinek, ale to akurat normalne. 
Zostawmy jednak twarz, bo pewnie większość z Was zna peelingi tego typu i nie napisałam jeszcze nic odkrywczego. Uwaga, teraz napiszę :P
Ta maska nadaje się idealnie także do stóp, a konkretniej do zmiękczania i lekkiego złuszczania naskórka i przygotowania do pedicure. 
Na rynku pojawiło się ostatnio trochę produktów (głównie azjatyckich) do nocnej pielęgnacji stóp, ale ich ceny czasem sięgają nawet kilkudziesięciu złotych za jeden (!) zabieg. Tymczasem cena peelingu enzymatycznego to niecałe 13 zł, a wystarczy na kilka razy.
Wystarczy wymieszać łyżeczkę proszku z łyżeczką dowolnego niezbyt gęstego kremu albo balsamu, wmasować w stopy, zabezpieczyć folią (np. stretchową albo woreczkami foliowymi), nałożyć skarpetki i iść spać. Noc to czas o wiele dłuższy niż wskazane w instrukcji użycia 10 - 15 minut, ale jakby nie było, stopy są zwykle o wiele mniej wrażliwe, niż skóra twarzy. Poza tym odpowiednio dobrany krem może łagodzić ewentualne podrażnienia. Rano skóra jest wyraźnie miększa i bez problemu można pumeksem lub tarką wypracować sobie efekt jak po wizycie w salonie kosmetycznym, bez długiego i mocnego tarcia. A skrócenie czasu pedicure jest bardzo istotne dla osób, które mają takie łaskotki jak ja :P

niedziela, 2 grudnia 2012

"Proszę państwa, oto miś"... + rabat na sesję zdjęciową w Krakowie

Śnieg, mróz i wiatr sprawiają, że najchętniej zahibernowałabym się na jakieś pół roku. Zamiast jednak poddawać się jesienno - zimowym nastrojom, postanowiłam poprawić sobie humor małą sesją zdjęciową i podzielić się z Wami efektami na zachętę, bo bawiłam się świetnie :) Może któraś z Was od dawna nosi się z zamiarem zrobienia sobie takiej sesji? A jeśli tak i jeśli przypadkiem macie blisko do Krakowa, to zachęcam do zapoznania się ze stroną www.ktociekocie.pl, czyli z galerią Autorki poniższych zdjęć.
Dodatkowo niespodzianka - te z Was, które zdecydują się sprawić sobie albo swoim bliskim prezent i przy umawianiu się na zdjęcia podadzą hasło "BZELTYNKA", dostaną rabat, w wysokości:
30% na wszystkie sesje oprócz ślubnych, ważne do końca 2012 roku
20% na wszystkie sesje oprócz ślubnych, ważne do końca 2013 roku
10% na sesje ślubne do końca 2013 roku
fot. www.ktociekocie.pl

fot. www.ktociekocie.pl

fot. www.ktociekocie.pl

niedziela, 11 listopada 2012

Ale jaja ;) gąbka do makijażu

Olśniło mnie, że nie dodałam jeszcze notki o różowym jajku do makijażu, a miałam to zrobić dawno temu. 
Nie, nie mówię o znanym większości blogerek Beauty Blenderze - długo się nad nim zastanawiałam, ale ponieważ cena jest dość zaporowa, postanowiłam najpierw wypróbować jego odpowiednik, żeby sprawdzić, czy w ogóle odpowiada mi metoda nakładania podkładu przez stemplowanie.
fot. ebay.pl, user buyohbuy01

Jajko (chociaż to bardziej kropla, ale nazewnictwo już się na blogach utrwaliło) zamawiałam na eBayu, u użytkownika buyohbuy01. Można je znaleźć pod nazwą Pro Beauty Makeup Blender Sponge i dostępne jest w kilku kolorach - różowym, białym, fioletowym i czarnym. Cena w przeliczeniu na złotówki to około 10,00 zł, zatem kilka razy mniej od oryginalnego jajka rodem z Ameryki. Na ebayu znajdziecie również gąbki w niższych cenach i większej gamie kolorów; niektóre mają kształt zbliżony do klepsydry, żeby wygodniej było je trzymać, ale ja szukałam właśnie takiego, bo jakoś bawi mnie sama idea różowego jajka :)
Szybka instrukcja dla osób, które o tym wynalazku czytają po raz pierwszy. Gąbka służy do nakładania wszelkich kosmetyków do makijażu, od korektora, przez fluid lub bb krem, aż po róż czy bronzer. Kosmetyki nakłada się na mokro, co sprawia, że makijaż wygląda bardziej naturalnie i trzyma się na twarzy o wiele lepiej i dłużej. W tym celu przed użyciem gąbki trzeba ją dobrze namoczyć w zimnej wodzie, aż zwiększy widocznie swoją objętość, a potem dokładnie wycisnąć, najlepiej w ręcznik - powinna być tylko lekko wilgotna.
Gąbka po namoczeniu i wyciśnięciu staje się mięciutka i bardzo przyjemna w dotyku - podobno to dlatego, że nie zawiera lateksu i wierzę w to, bo lateksowe gąbki, które kiedyś kupiłam , nadawały się tylko do wyrzucenia - rozmazywały podkład robiąc smugi i były nieprzyjemnie gumowe w dotyku.
Kosmetyk, którego chcemy użyć, możemy nabierać jajkiem prosto z pudełka (jak np. róż) albo wycisnąć go najpierw na wierzch dłoni - tak robię ze wszelkimi fluidami i bb kremami. Niewielką ilość podkładu nabieram z dłoni szerszą stroną gąbki i stempluję skórę miejsce przy miejscu. Węższy koniec służy to nanoszenia korektora i poprawek, oraz ułatwia dostęp do miejsc takich jak powieki czy skrzydełka nosa.
Samo stemplowanie jest bardzo, bardzo przyjemne, a co do niego miałam największe wątpliwości. Nie lubię się malować pędzlem, nie lubię innych gąbek i zazwyczaj używałam po prostu własnych palców, a tu proszę, miła niespodzianka :)
Drugą niespodzianką jest to, że jajko w stu procentach spełnia obietnice producenta - nakłada wszystko równomiernie, bez plam i smug. Początkowo zabiera to trochę czasu, ale po kilku razach nabiera się wprawy. Pory są zdecydowanie lepiej ukryte niż po makijażu wykonanym palcami i pędzlem, cera wydaje się wygładzona, a makijaż nawet bez bazy trzyma się kilka godzin dłużej.
Ten zakup miał być dla mnie tylko próbą, zapoznaniem się z podobnym gadżetem przed kupnem oryginalnego Beauty Blendera ale teraz już jestem zdecydowana, że nie potrzebuję oryginału, skoro w tej samej kwocie mogę mieć kilka takich gąbeczek. Nawet jeśli makijaż wykonany oryginalnym jajkiem jest jeszcze bardziej nieskazitelny, to są to już pewnie różnice zauważalne tylko dla profesjonalistów - mi w zupełności wystarcza efekt, który osiągam tą gąbką. 
Jedyny problem, na jaki się natknęłam przy jej używaniu jest taki, że barwniki niektórych podkładów mocno się w gąbkę wgryzają. Ile razy bym jej po użyciu nie płukała i czyściła (a zawsze trzeba) to i tak zostawała beżowa plama. Myślałam, że to już odbarwienia na stałe, ale ostatnio użyłam do wyprania jajka mydła z gotowej bazy mydlanej z Lawendowej Farmy i zeszło wszystko idealnie - po kilku miesiącach używania jajko nadal wygląda jak nowe, więc jest to produkt, który zdecydowanie polecam, bo po co przepłacać?

piątek, 19 października 2012

Odkurzacz do porów

Kiedyś pokazywałam Wam listę największych dziwactw, wśród akcesoriów kosmetycznych, jakie można znaleźć w azjatyckich sklepach. Przyznałam się, że skusiłam się na odkurzacz do porów, bo był śmiesznie tani, a tak dziwaczny, że byłam go bardzo ciekawa. Zamówiłam go ze strony buyincoins.com, którą ponownie polecam, bo towary są tanie, przychodzą szybko, wysyłka jest bezpłatna i idealnie zabezpieczona.
Urządzonko ma mniej więcej długość długopisu i jest nieco grubsze od kciuka, więc jest całkiem wygodne w trzymaniu. Zasila je bateria - paluszek.
Nie ma regulowanej mocy, przesuwa się po prostu włącznik. Przezroczysta końcówka jest dwustronna, z jednej strony ten "lejek" jest bardziej okrągły, z drugiej węższy i zbliżony do prostokąta - przypuszczam, że zwężenie ma za zadanie ułatwić dotarcie do miejsc takich jak skrzydełka nosa, ale naprawdę nie ma między końcówkami dużej różnicy. Plusem jest to, że można tę część wyjmować i czyścić pod bieżącą wodą.
Sam proces odkurzania jest całkiem przyjemny - końcówka lekko "wsysa" skórę, wibruje i w tym momencie zgodnie z obietnicą producenta pory powinny się magicznie i całkowicie oczyszczać, ale rozczaruję Was - efekt jest dosyć mizerny. Owszem, w paru miejscach ta sztuczka mi się udała, ale żeby oczyścić dobrze całą twarz trzeba by było na to poświęcić całe godziny. Przy używaniu przez kilka minut nie spodziewajcie się spektakularnych efektów. Dodatkowo to dziwadło straszliwie hałasuje! Buczenie słychać w drugim pokoju.
Na szczęście oprócz wymienonych minusów, czyścik posiada także jedną całkiem miłą zaletę - bardzo fajnie masuje skórę i mam wrażenie, że poprawia jej ukrwienie i krążenie przez wytwarzanie zasysającego podciśnienia. W każdym razie zauważyłam, że po takim masażu serum albo krem wchłaniają się lepiej, a skóra  po dłuższym czasie stosowania nawet się lekko ujędrniła, więc jeśli któraś z Was chciałaby osiągnąć taki efekt, to warto spróbować używać takiego odkurzacza jako masażera. 
Szału nie ma, ale to na tyle zabawny i nie do końca bezużyteczny gadżecik, że nie żałuję, że się na niego skusiłam :)

sobota, 6 października 2012

Kuchnia w łazience - TAG

Ostatnio mam fazę na kosmetyki stuprocentowo naturalne czyli takie, które możemy przyrządzić same ze składników powszechnie dostępnych i zazwyczaj znajdujących się w naszych lodówkach i kuchennych szafkach. Dlatego wpadłam na pomysł TAGu, który pozwoli nam podzielić się pomysłami na tanie i skuteczne przepisy na domowe kosmetyki.

Zasady: Wymień trzy ulubione składniki z Twojej kuchni, których używasz także w pielęgnacji i opisz sposób ich wykorzystywania. Podaj nicki dowolnej liczby osób, które nominujesz do wypełnienia tego TAGu.

Moja ulubiona trójka to:

1. Cynamon - ma bardzo wiele zastosowań, ale najbardziej lubię mieszać go z małą ilością jogurtu naturalnego i używać jako rozgrzewającej maseczki na twarz. Po odczekaniu kilkunastu minut i zmyciu skóra jest idealnie gładka i rozgrzana, dzięki czemu wszelkie kremy i serum lepiej się wchłaniają.

2. Miód - najlepszy jest taki już mocno scukrzony, bo idealnie sprawdza się wtedy w roli peelingu do ust.

3. Czarna herbata - kiedy jestem bardzo zmęczona i pieką mnie oczy, moczę płatki kosmetyczne w wystudzonym mocnym naparze czarnej herbaty i kładę je na 10 minut na powieki. Pieczenie przechodzi bardzo szybko i czuję się nagle prawie jak po drzemce :)

Ponieważ to początek TAGu, pozwolę sobie nominować po prostu każdą z osób, która zechce wziąć w nim udział. Mam nadzieję, że zechcecie się podzielić swoimi sprawdzonymi pomysłami :)

niedziela, 23 września 2012

Konkurs urodzinowy - rozstrzygnięcie

Bardzo dziękuję za Wasze odpowiedzi na moje pytanie w poprzednim poście i życzę powodzenia w realizacji wszystkich Waszych celów.
Wybrałam odpowiedź Nimvy, która wykazała się bardzo dużą pomysłowością zarówno w kwestii formy odpowiedzi, jak i w planowaniu środków realizacji celów - zobaczcie same :D


sobota, 15 września 2012

Roczek bloga :)

Założyłam tego bloga w moje urodziny, dokładnie rok temu i zastanawiałam się wtedy, czy w ogóle znajdą się osoby, które będą tu zaglądać.
Dziękuję Wam za odwiedziny, za czytanie, komentowanie, obserwowanie, podrzucanie nowych pomysłów, rady i konstruktywną krytykę :)

Ponieważ wytrzymałyście/liście ze mną tyle czasu :P ogłaszam z tej okazji mały konkurs z nagrodą niespodzianką.
Zadanie konkursowe jest następujące: opisz lub przedstaw w innej formie swój cel na kolejny rok. Do czego dążysz i jakich rezultatów chciałabyś/chciałbyś się doczekać za 365 dni?
Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach, lub wysyłać mi mailem, na nr4@o2.pl. Proszę o podawanie Waszych adresów mailowych, żebym miała jak powiadomić osobę, która wygra. Koniec zabawy o 23.59 w sobotę za tydzień, tj. 22 września. Wyniki ogłoszę w niedzielę 23 września, a wygra osoba, której odpowiedź i cel uznam subiektywnie za najciekawsze, oryginalne i inspirujące dla mnie samej. Powodzenia :)

sobota, 8 września 2012

Papuga Park Hotel - wyszczuplający masaż czekoladowy

Dziś zapraszam Was do lektury ostatniego z serii postów o hotelu Papuga. To, co zrobiło na mnie największe wrażenie pod względem efektywności, zostawiłam na koniec.
Naczytałam się sporo o pozytywnym wpływie czekolady na skórę, pod warunkiem, że zastosuje się ją zewnętrznie ;) Dlatego z dostępnych zabiegów wybrałam właśnie masaż czekoladą.
Zabieg odbywał się w strefie Wellness, w gabinecie wyposażonym w podgrzewane łóżko do masażu i kabinę prysznicową. Wszystko utrzymane oczywiście w klimacie z tysiąca i jednej nocy. Zasłony, świece, mozaiki, kadzidełka i klimatyczna muzyka, czyli elementy ułatwiające zrelaksowanie się i wyciszenie.
Pierwszym etapem jest ułożenie się na łóżku wyłożonym folią termiczną. Dodatkowo zostajemy przykryte drugim kocem i, jak w każdym podobnym zabiegu, odkrywana jest tylko ta część ciała, która jest akurat poddawana masażowi. Oczywiście otrzymujemy jednorazowe stringi i czepek na głowę.
Preparatem używanym do masażu jest prawdziwa gorzka czekolada, z dodatkiem oleju z orzechów laskowych i esencji pomarańczowej. Mogłam jej skosztować przed rozpoczęciem zabiegu i przekonać się, że jest to rzeczywiście produkt w stu procentach naturalny (i jaki pyszny ;) ). 
Łóżko nagrzewa się tak długo, aż osoba masowana poprosi o stabilizację temperatury, ponieważ każdy z nas ma inną tolerancję na gorąco. Ja jestem ciepłolubna, więc temperatura łóżka mogła spokojnie wynosić około 40 stopni. 
Skórę najpierw smaruje się olejem z orzechów laskowych, żeby czekolada, którą nakłada się zaraz potem, nie wsiąkała w skórę natychmiast. Poza tym olej ułatwia poślizg i sprawia, że masaż jest przyjemny, bezbolesny i tak relaksujący, że można przy nim nawet zasnąć. Pani Kinga, która mnie masowała zaproponowała, żebym się trochę zdrzemnęła, ale nie chciałam przegapić żadnego z elementów zabiegu ciekawa, co będzie dalej.
Po dokładnym wysmarowaniu czekoladą całego ciała z pominięciem twarzy, następuje zawijanie w sreberko ;) A dokładniej mówiąc w koc termiczny, którym wyłożone jest łóżko. Dodatkowo kolejną warstwą jest zwykły, ciepły koc z materiału. W takim zawiniątku (jak czekolada w papierku) leży się około 15 minut, żeby czekolada pod wpływem ciepła rozpłynęła się i miała szanse zadziałać. U mnie ten etap trwał dłużej, ponieważ poprosiłam w tym czasie o regulację brwi i hennę, spędziłam więc w folii około 25 minut. Po tym czasie miałam wrażenie, że zupełnie się rozpływam, bo koce jeszcze potęgują ciepło emitowane przez grzałki łóżka.
Na tym właśnie etapie następuje detoksykacja, ponieważ toksyny wraz z potem wydzielane są z organizmu. W ciągu takiego seansu można stracić nawet pół litra potu, a taki efekt trudno osiągnąć nawet podczas forsownych ćwiczeń fizycznych. Oczywiście pamiętajmy, żeby potem uzupełnić płyny pijąc wodę lub np. zieloną herbatę. 
Po spłukaniu resztek czekolady pod prysznicem (bez mydła czy innych środków myjących), skórę smaruje się ponownie olejem i po kilku minutach czekania na jego wchłonięcie można się ubrać.
Efekt jest niesamowity. Skóra staje się bardzo napięta i widocznie ujędrniona. Próbowałam się uszczypnąć w udo, ale zwyczajnie nie dałam rady. Nigdy żaden preparat ujędrniający nie dał mi takiego efektu po tygodniach stosowania, jak te słodkości w godzinę.
Zastanawiam się, czy nie spróbować przeprowadzić podobnego zabiegu we własnym domu z wykorzystaniem dostępnych środków - pewnie spróbuję, ale to i tak nie będzie to samo - chyba, że powiem mężowi, że musi mi wstawić do sypialni podgrzewane łóżko :P

czwartek, 6 września 2012

Papuga Park Hotel - glinki z krainy Sindbada

Wczoraj opisywałam hotel Papuga Park ogólnie, a dzisiaj chciałabym się skupić na pierwszym zabiegu, jakiemu się tam poddałam. Mowa o połączeniu sauny parowej i pielęgnacji ciała specjalnie dobranymi glinkami. 
Opis tego zabiegu zamieszczony na oficjalnej stronie hotelu brzmi następująco: "Wyjątkowy arabski klimat przywołujący na myśl tajemnicze historie księżniczki Szeherezady, egzotyczne malowidła i dekoracje, wschodnia muzyka i cudowny zapach – tak w kilku słowach można określić kompleks Sindbad. Na wyjątkowe chwile odprężenia zapraszają łaźnia parowa oraz pomieszczenia przeznaczone do wykonywania specjalnych zabiegów pielęgnacyjnych ciała. Sindbad zaprasza na pielęgnację ciała i twarzy na bazie słonecznych glinek wraz z peelingiem w połączeniu z aromaterapią i sauną parową."
Cały zabieg trwa 45 minut i jest wyjątkowo relaksujący. Może mu się jednocześnie poddawać od jednej do sześciu osób. Limit związany jest z ograniczeniem ilości miejsc w saunie ale przypuszczam, że i tak najczęściej goście hotelu zamawiają ten zabieg pojedynczo lub w parach. Ja byłam sama i wypoczęłam znakomicie.
Kompleks Sindbad składa się z trzech pomieszczeń, połączonych ze sobą. We wszystkich w wystroju dominują mozaiki i orientalne ornamenty oraz wszechobecne świece. 
Pierwsze pomieszczenie to miejsce, w którym osoby zapominalskie mogą dokonać demakijażu. Zabieg obejmuje pielęgnację ciała i twarzy, więc demakijaż jest zabiegiem niezbędnym. Obok umywalki stoi szklany słój z wacikami oraz mleczka i inne odpowiednie preparaty. Na blacie obok czeka również metalowa (mosiężna?) miseczka, wypełniona trzema rodzajami glinek. Miła pani, która wprowadziła mnie do tego pomieszczenia, wytłumaczyła do jakich części ciała przeznaczone są poszczególne glinki i wyszła. Mamy pewność, że w ciągu trwania zabiegu nikt niepowołany nie wejdzie do kompleksu, więc można się czuć zupełnie swobodnie. Na ścianie wisi lustro, można więc szybko nałożyć przed nim pierwszą z glinek, przeznaczoną do pielęgnacji twarzy i przejść do drugiego pomieszczenia.
Druga z kolei jest komnata kąpielowa, z dwoma prysznicami, wieszakami na szlafroki i stolikiem na drobiazgi. Na stoliku przygotowane są także jednorazowe stringi. Po zostawieniu ubrań w przeznaczonym na to miejscu, można już przejść wprost do sauny.
Pani z Ekipy hotelu zasugerowała mi, żeby pozostałe dwa preparaty nakładać już w saunie, ponieważ włącza się ona automatycznie po trzech minutach. Druga z glinek służy do wysmarowania całego ciała, natomiast trzecia jest w zasadzie peelingiem, którym pokrywamy miejsca, w których skóra jest grubsza, tzn. stopy, łokcie i kolana. 
Poniżej zdjęcie sauny parowej i właśnie tego zabiegu - nie ma go na stronie hotelu, ale dokładnie taki plakat wisi w hotelowej windzie.
Sauna parowa, Sindbad - fot. konferencje.pl
Światło jest przytłumione, a na suficie widać błyszczące konstelacje. W rzeczywistości widok jest bardziej zamazany z powodu gęstej pary, co jeszcze bardziej pogłębia atmosferę intymności i niezwykłości. Ławeczki są całkiem wygodne, chociaż trzeba sobie opracować sposób siadania na nich. Glinki pod wpływem pary robią się coraz bardziej płynne i śliskie, więc chwilami wydawało mi się, że z ławki zjadę ;) Zabawne uczucie, które z pewnością daje powody do śmiechu osobom, które zdecydują się na zabieg w parach lub większej liczbie uczestników.
Temperatura wynosi około 60 stopni Celsjusza. Po półgodzinnym seansie umilanym aromaterapią i muzyką, z "nieba" zaczyna padać deszcz. To sygnał, że można wyjść i spłukać z siebie glinki pod prysznicem. Już na tym etapie skóra jest bardzo miękka i wygładzona, ale to jeszcze nie koniec. W pierwszym pomieszczeniu czeka dzbanuszek podgrzanego oleju sezamowego, który należy wmasować w całe ciało. W zależności od upodobań można nasmarować nim suchą skórę, lub mokrą po prysznicu i dopiero wtedy wytrzeć się ręcznikiem, który oczywiście również mamy do dyspozycji. Wybrałam drugi sposób i okazało się, że olej aplikowany w taki sposób działa wybitnie nawilżająco.
Po zakończonym zabiegu lepiej darować sobie basen na co najmniej dwie godziny, żeby olej miał szansę dobrze wsiąknąć w skórę i zadziałać. A potem można sobie chodzić po hotelowym pokoju i z niedowierzaniem głaskać się po różnych częściach ciała, jak ja :)

środa, 5 września 2012

Papuga Park Hotel - Spa & Wellness Marrakesz

Dokładnie tydzień temu o tej porze wróciłam do pokoju hotelowego po jednym z najmilej spędzonych dni tego lata. W lipcu obchodziliśmy z mężem piątą rocznicę ślubu i z tej okazji Rodzice podarowali nam dwa noclegi z towarzyszącymi atrakcjami w Hotelu Papuga Park w Bielsku - Białej, do wykorzystania w dowolnym terminie, wybraliśmy się tam więc pod koniec sierpnia.
Ponieważ sam hotel zrobił na mnie olbrzymie wrażenie, a dodatkowo miałam przyjemność poddać się dwóm niezwykłym zabiegom, materiału do opisania jest tyle, że dziś zapraszam Was do lektury pierwszej notki z trzech.
Gotowi? No to, proszę Wycieczki, startujemy :)
Na początku byliśmy lekko onieśmieleni, zwłaszcza, że zabraliśmy ze sobą naszą 2,5 letnią córeczkę. Dzieci gości hotelowych mają wstęp do części SPA, ale nie byliśmy pewni, jak Mała zareaguje na nowe miejsce i czy nasz pobyt nie rozpocznie się awanturą :P W dodatku w wyniku przeoczenia nasz laptop został na stole w domu, jakieś 120 km od celu naszej podróży, a był mężowi potrzebny do pracy. Na szczęście już w recepcji okazało się, że Ekipa hotelu to Osoby wyjątkowo przyjazne gościom. Pożyczono nam niezbędny sprzęt i mogliśmy w końcu się odprężyć.
Recepcja  - fot. www.papuga.pl
Wiem, wiem, chcecie już zobaczyć część Spa & Wellness ;) Ale nie tak prędko, bo po zameldowaniu się na recepcji przeszliśmy do hotelowej restauracji żeby pokrzepić się po podróży. Z wyjątkiem śniadań i obiadu pierwszego dnia  jadaliśmy z przyjaciółmi w centrum Bielska-Białej, ale z czystym sumieniem mogę polecić obiadowo swojski żurek w chrupiącym chlebie. To nie ma nic wspólnego z główną tematyką mojego bloga, ale MUSZĘ też napisać o śniadaniach, bo po powrocie do domu myślałam, że się zapłaczę, jak zatęskniłam za szwedzkim stołem Papugi. Świeżo pieczone bułeczki i chleb w kilku rodzajach, wędliny, mięsa, pasztety przygotowywane na miejscu, sery żółte, białe, pleśniowe, konfitury w kilku rodzajach, miody, zapiekane parówki, jajecznica, jajka faszerowane i sadzone, naleśniki, ciasta, płatki, musli, mleko, jogurty, soki, owoce świeże i z puszki do skomponowania dowolnej sałatki owocowej, owoce suszone, różne rodzaje kawy i herbaty, czekolada do picia, pasty do pieczywa, oliwki... i to tak mniej więcej dwie trzecie, bo o wielu rzeczach na pewno zapomniałam. Autentycznie byłabym w stanie kiedyś wrócić do Papugi tylko po to, żeby zjeść śniadanie, chociaż nie jest to wcale mój ulubiony posiłek. Nawet nasze bardzo mięsożerne dziecko było zachwycone.
Restauracja - fot.  www.papuga.pl
A teraz to, na co wszyscy czekali...
Żartowałam :P Najpierw jeszcze pokój :) Drzwi na korytarzach i drzwi do pokoi otwierane są za pomocą karty i czytnika co jest szybkie, wygodne i ciche. Przynajmniej klucze mi ciągle nie upadały jak zwykle. Wybraliśmy pokój typu studio, czyli z osobnym pomieszczeniem i łóżkiem dla naszej córeczki. Hania raczej nie przepada za spaniem w nowych miejscach ale najwyraźniej "dorosłe łóżko" przypadło jej do gustu i nie postawiła całego hotelu na nogi.
Pokój - fot. www.papuga.pl
Wybraliśmy celowo termin od środy do piątku, ponieważ w środku tygodnia gości w hotelu jest mniej. W dni powszednie część Spa & Wellness otwarta jest od 15.00 do 22.00, w weekendy już od 10.00, ale ponieważ i tak chcieliśmy pozwiedzać miasto, takie godziny bardzo nam pasowały. Hania chodzi spać około 20.00, więc wcześniej chodziliśmy wspólnie wszyscy troje na basen, a potem ja oddawałam się błogiemu lenistwu w czasie zabiegów, a mąż z córą zwiedzali okolicę. Mieliśmy w planach zmienianie się przy śpiącej Małej co godzinę, ale mąż stwierdził, że basen w ciągu dnia mu wystarczył, a ponieważ spa to bardziej "moje klimaty" to miałam całe wieczory dla siebie. I wierzcie mi, już dawno tak nie wypoczęłam - sama w saunie, sama w basenie, sama w jacuzzi...
No dobrze, nie przeciągając :) Każdy z gości ma do dyspozycji szlafrok, w którym schodzi do części Spa & Wellness, przechodząc przez drugą recepcję. Niestety nie mam jej zdjęcia, ponieważ z oczywistych względów obowiązuje tam zakaz fotografowania i jedyne zdjęcia, jakimi dysponuję, pochodzą z oficjalnej strony hotelu, Musicie mi uwierzyć na słowo, że już po przekroczeniu progu recepcji Spa można odczuć orientalny klimat tego miejsca. Wszędzie świece, kadzidełka, zasłony i mozaiki. W tym miejscu otrzymujemy ręcznik i przepaskę do saun i możemy wreszcie iść się kąpać!
Pomieszczenie basenowe zawiera kilka różnych atrakcji. Oprócz samego basenu mamy tam do dyspozycji duże jacuzzi, bicze wodne w basenie, leżanki do wypoczynku oraz tepidarium - miejsce do wygrzewania się w cieple specjalnych lamp. Na "niebie" nad basenem wieczorami zapalane są światełka imitujące gwiazdy. Rzeźba przy basenie, kolumny w kilku miejscach i wymalowane gdzieniegdzie liście winorośli przywodzą na myśl styl grecki. Całość wraz z nieodłączną muzyką i kadzidełkami sprawia bardzo ciepłe, przytulne wrażenie, mimo tego, że sala jest duża. 
Basen - fot. www.papuga.pl
Dzieci gości mogą pod opieką rodziców korzystać ze wszystkich atrakcji części Spa, czyli basenowej. Schodząc niżej dochodzi się do strefy Wellness Marakesz, niedostępnej dla dzieci. Początkowo trochę żałowałam, że nie będę mogła zabrać Hani do groty solnej, ale znając życie i tak nie usiedziałaby tam dłużej niż 3 minuty, a dzięki takiemu regulaminowi panuje tam doskonale spokojna, wyciszająca atmosfera.
Wellness Marakesz - fot. www.papuga.pl
Światła w istocie są bardziej przytłumione niż na powyższym zdjęciu. Gra delikatna orientalna muzyka i tu także czuć zapach kadzidełek i olejków. Na ścianach wypisane są nazwy ulic prowadzących do saun. Z korytarza wchodzi się także do groty solnej oraz gabinetów zabiegowych, które także utrzymano w podobnej stylistyce.
Grota solna jest piętrowa i w sumie jest w niej miejsce na odpoczynek dla pięciu osób. Kto pierwszy, ten lepszy - dwie pierwsze osoby mają do dyspozycji bardzo wygodne leżanki, pozostali muszą się zadowolić rozkładanymi fotelami, które również są całkiem wygodne. Niestety na zdjęciu nie widać sufitu, w całości pokrytego olbrzymimi solnymi stalaktytami. Goście mają do dyspozycji koce, ponieważ po dłuższym pobycie w tym miejscu może zrobić się chłodno.
Grota solna - fot. www.papuga.pl
Kto zmarznie, może rozgrzać się w jednej z kilku saun. Dla "zaprawionych w bojach" jest sauna fińska, w której temperatura osiąga sto stopni Celsjusza. Dla mniej odważnych hotel proponuje wstęp do saun parowych, w których temperatura wynosi 50 - 60 stopni. Przepaska otrzymana w recepcji jest bawełniana, można się więc nią owinąć bez obaw, że zaczną się z nią pod wpływem wysokiej temperatury dziać jakieś dziwne rzeczy. Ponieważ noszę okulary i niepewnie czuję się bez nich, skorzystałam tylko przez chwilę z sauny parowej, zostawiając okulary w kieszeni szlafroka, na wieszaku. Całe szczęście, że był to środek tygodnia bo nie mam pewności, czy w weekend w zapełnionej i pełnej pary saunie nie usiadłabym przypadkiem na kimś :P
Sauna - fot. www.papuga.pl
Dla zmęczonych korzystaniem z przeróżnych atrakcji hotel przewidział też miejsce na odpoczynek, czyli Oazę Spokoju. Można tam rozciągnąć się na leżaku i np. poczytać w spokoju książkę.
Oaza Spokoju - fot. www.papuga.pl
Oprócz tego goście mogą skorzystać także z kawiarni i patio (w sezonie), baru, sal konferencyjnych i gabinetów zabiegowych. Więcej zdjęć znajdziecie na oficjalnej stronie Papugi (KLIK).
Powinnam założyć sobie jakąś skarbonkę i zbierać fundusze na powrót w to miejsce. Wrócę, choćby nie wiem co ;)
Nie zamęczyłam Was? Jeśli macie ochotę na lekturę dalszego ciągu, zapraszam jutro wieczorem - kolejna będzie notka o zabiegu Sindbad.

sobota, 1 września 2012

Moje panaceum - srebro koloidalne

Kilka miesięcy temu pisałam o siarkowym kremie, który urządził mi na twarzy przysłowiową jesień średniowiecza. Bardzo długo szukałam czegoś, co pozwoli mi przywrócić cerę do normalnego stanu. W końcu kupiłam butelkę srebra koloidalnego, bez większych nadziei na poprawę - raczej na zasadzie "tonący brzytwy się chwyta".
fot. www.bio-medica.pl
Używam srebra od półtora miesiąca i mogę powiedzieć, że ten czas z nawiązką wystarczy, żeby okrzyknąć ten środek moim hitem wszech czasów. Nigdy i nic wcześniej nie zadziałało na mnie tak błyskawicznie i na tyle różnych sposobów, o czym za chwilę.
Na początek trochę teorii od producenta. Srebro Ag100 firmy Bio Medica to podobno jedyne takie srebro dopuszczone do sprzedaży w aptekach. Jest rodzajem naturalnego antybiotyku, ponieważ w ciągu 6 minut niszczy 650 (!!!) chorobotwórczych szczepów bakterii, nie niszcząc przy tym naturalnej flory bakteryjnej organizmu. Dotychczas nie stwierdzono, by mikroorganizmy uodparniały się na działanie srebra, jak to czasem ma miejsce przy typowych antybiotykach. Dodatkowo spectrum działania srebra jest naprawdę olbrzymie, ponieważ można je stosować zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie, na zmiany skórne, przeziębienia, katar, kaszel, infekcje bakteryjne i dla uodpornienia organizmu.
Zaczęłam od stosowania zewnętrznego - przemywałam twarz wacikiem nasączonym srebrem przed zastosowaniem kremu na noc. Na pierwsze efekty czekałam i czekałam... całe trzy dni ;) Byłam przygotowana na długą i beznadziejną walkę, a tymczasem trzeciego dnia rano przecierałam oczy ze zdumienia - wszelkie zmiany potraktowane srebrem goją się niemal w oczach, podrażnienia znikają, pryszcze nie ośmielają się nawet pojawiać. Zaczęłam stosować przemywanie dwa razy dziennie, a dodatkowo raz na jakiś czas używam srebra zamiast wody do różnego rodzaju maseczek z glinek. Teraz walczę już tylko z przebarwieniami po całej akcji, ale tu pomoże niezawodny korund, o którym też kiedyś pisałam.
Zachęcona efektami stosowania zewnętrznego, chciałam wypróbować srebro także wewnętrznie. "Stety" lub niestety szybko przydarzyła się ku temu okazja, bo po kilku dniach w słońcu, upałach po 34 stopni i klimatyzacji na zmianę, obudziłam się z bardzo bolącym gardłem i praktycznie bez głosu. JEDNA duża łyżka srebra pomogła - sama nie wierzę, że to piszę. Ból minął w ciągu mniej więcej pół godziny, a głos wrócił mniej więcej w tym samym czasie. Kilka dni potem pojawił się "poklimatyzacyjny" katar ale i jemu srebro dało radę w dwa dni - wystarczyło je kilka razy dziennie zakraplać do obu dziurek nosa.
Szczerze wątpię, czy jeszcze kiedyś trafię na środek równie uniwersalny jak ten niepozorny płyn, który wygląda i smakuje jak zwykła woda. Kosztuje 30 zł z groszami za butelkę 300 ml, ale jest bardzo wydajny - minęło półtora miesiąca, a zostało mi jeszcze ponad pół butelki, chociaż wcale nie oszczędzałam. Na dzień dzisiejszy mam ochotę postawić srebru pomnik w mojej łazience i oby tak zostało :)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Kolorowy kot w worku - kosmetyki Paese

Blogerki na pewno słyszały już o nowej akcji promocyjnej polskiego producenta kosmetyków kolorowych - Paese. A kto nie słyszał, tego informuję - firma proponuje nam dosyć ciekawą formę zakupów i zabawy w jednym.
Wpłacamy na konto 29zł, czekamy mniej więcej dobę na kuriera i cieszymy się testowaniem sześciu losowo wybranych kosmetyków.  W paczce można znaleźć pudry, róże, cienie, tusze, kredki, szminki, błyszczyki, lakiery - wszystko losowo.
Czy się opłaca? Myślę, że tak, ponieważ z lektury kilku blogów wiem, że kosmetyki w paczce mają zazwyczaj łączną wartość przekraczającą 90zł, a płacimy tylko za pakowanie i kuriera.
Być może część z Was zauważyła, że jeszcze kilka dni temu koszt takiej zabawy wynosił 22zł zamiast 29zł. Przypuszczam, że firma nie spodziewała się tak wielkiego "nalotu" chętnych do testowania i musiała się ratować trochę podnosząc cenę, ale nadal koszt wydaje mi się na tyle niski, że z ciekawości wzięłam udział. 
To całkiem fajna alternatywa dla wszystkich Glossy/Glam/Innych-Boxów, czyli prenumerat pudełek z mini produktami do testów. W Paese otrzymujemy 6 pełnowymiarowych (i z tego co piszą dziewczyny na blogach, pełnowartościowych i świeżych) kosmetyków.
Jeśli macie ochotę na przygarnięcie takiego kota w worku, wszystkie potrzebne informacje znajdziecie na bannerze.

sobota, 25 sierpnia 2012

Syis - Lawendowy miód do demakijażu


Dawno, dawno temu była sobie Bzeltynka, która myła twarz tylko żelem albo mydłem i szła spać. Ale na szczęście zmądrzała i zaczęła używać również kosmetyków do demakijażu :)
Większość produktów do mycia twarzy radzi sobie z makijażem wodoodpornym na tyle kiepsko, że po przemywaniu skóry płatkami nasączonymi tonikiem zawsze widać, jak wiele "kolorów" zostało jeszcze na twarzy. Dlatego w końcu przekonałam się do kosmetyków do demakijażu i po wykończeniu kolejnych butli płynów micelarnych i olejków znalazłam w sieci coś mocno nietypowego - lawendowy miód do demakijażu.
Otrzymałam od firmy Syis próbki tegoż produktu już dosyć dawno temu i zdążyłam się z miodem zaprzyjaźnić niczym Kubuś Puchatek, więc czas na recenzję.
fot. sklep.syis.pl

Z wyglądu miód przypomina bardzo gęsty żel o jasnym lawendowym kolorze. Nazwa jest jednak jak najbardziej trafiona, ponieważ w dotyku bez dodatku wody nieco się lepi i ciągnie. Według producenta "Cecha odróżniająca miód do demakijażu SYIS od tradycyjnych mleczek do demakijażu to niezwykła wydajność: 50ml miodu to około 300 ml mleczka do demakijażu!!!" i muszę ze zdziwieniem przyznać, że to prawda. Kilka saszetek, które otrzymałam do testów wystarczyły mi naprawdę na długi czas, bo każda saszetka to ilość produktu wystarczająca na jakieś 4 - 5 użyć w zależności od rodzaju nałożonego makijażu.
W kontakcie z wodą, czyli z wilgotną skórą, miód zmienia się w mleczko i w bardzo przyjemny sposób czyści skórę. Jego używanie porównałabym do metody OCM i masowania twarzy olejkami - kto stosował, ten wie, o czym mówię. Mleczko daje dobry poślizg dla dłoni, pozwala masować skórę w trakcie mycia i spłukuje się bez problemu, nie zostawiając tłustej warstwy (co przynajmniej dla mnie jest ważne, bo tłustości bardzo nie lubię).
Miód zawiera witaminę E i olej z pestek winogron, pozbawiony jest natomiast parabenów, a dzięki temu ładnie nawilża skórę i nie wysusza jak mydła, ani nie działa drażniąco jak żele z SLS.
Zapach jest bardzo lawendowy, intensywny i utrzymujący się na skórze. Miałam okazję porównać go z aromatem świeżej lawendy z ogródka moich Rodziców i, naprawdę - z zamkniętymi oczami nie sposób odróżnić, co jest miodem, a co kwiatkiem.
Nie jestem w stanie powiedzieć niczego na temat opakowania, ponieważ jak napisałam wyżej testowałam produkt w saszetkach, ale przy wysokiej jakości kosmetyku opakowanie to sprawa drugorzędna. 
Wiecie, co jeszcze jest fajne? To, że na tym przykładzie widać, że wreszcie i Polska zaczyna wypuszczać na rynek naprawdę dobre produkty bo jeszcze do niedawna miałam wrażenie, że wszystko co ma dobre, nieprzeładowane chemią składy, przyjeżdża do nas zza którejkolwiek granicy.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Matujące trio Marizy

Dzięki współpracy z Klubem Mariza mam okazję wypróbować kosmetyki, które nie są normalnie dostępne w mojej okolicy. Nie spotkałam wcześniej konsultantów tej firmy i nie przeglądałam katalogów, ale od kilku miesięcy używam fioletowego cienia Marizy, więc byłam ciekawa, jak spiszą się inne produkty. 
Mamy lato, o dziwo gorące (30 stopniowe upały to dla mnie miła niespodzianka) i dlatego postawiłam przede wszystkim na kosmetyki matujące. 
Testuję od kilku tygodni cały komplet - krem matujący z białą herbatą, bazę pod makijaż oraz aksamitny fluid matująco kryjący. Wypróbowałam te produkty w przeróżnych kombinacjach, bo sprawdzają się równie dobrze stosowane wszystkie na raz, jak i oddzielnie, do spółki z kosmetykami innych firm.



1. Krem matujący z białą herbatą, do cery tłustej i mieszanej.
Według producenta dzięki wyciągowi z herbaty krem działa tonizująco, ściągająco, przeciwzapalnie i matująco. W składzie znajdziemy między innymi parafinę, która początkowo trochę mnie przestraszyła. Jakiś czas temu inny krem matujący zawierający ten składnik zrobił mi na twarzy przysłowiową jesień średniowiecza. Najwyraźniej jednak winę za tamte atrakcje ponosiło również obecne w składzie masło shea, bo tym razem nie dzieje się nic złego. Żadnych zmian skórnych, podrażnień, pryszczy itd. - po prostu absolutnie nic negatywnego się nie dzieje.
Krem zawiera również alkohol i parabeny, ale te ostatnie są stosunkowo nisko w składzie. Wysoko znajdziemy za to między innymi olej z awokado odpowiedzialny za nawilżenie skóry oraz łagodzący panthenol i alantoinę. 
Byłam pewna, że matowienie cery nie może iść w parze z nawilżaniem, ale niespodzianka - może. Nawet po umyciu twarzy mydłem, skóra po nałożeniu kremu nie jest ściągnięta, ale przyjemnie zmiękczona i nawilżona. 
Efekt matujący jest delikatny - nie spodziewajcie się sztucznego, płaskiego matu. Kosmetyk raczej sprawia, że makijaż dłużej wygląda świeżo i nawet jeśli pojawi się lekkie błyszczenie, nic nie spływa z twarzy ani się nie roluje. Nawet w tak ekstremalnych warunkach jak 35 stopni w cieniu.
Konsystencja kremu jest leciutka, zapach delikatny i przyjemny, ale nie kojarzy mi się z niczym - może dlatego, że nigdy nie piłam białej herbaty i nie wiem, jak powinna pachnieć :)
Jedyny minus to dla mnie opakowanie - wieczko kremu jest po prostu nakładane na słoiczek, a dopiero pod nim znajduje się biała nakrętka zabezpieczająca przed wylaniem - nie jest to zbyt wygodne rozwiązanie, chyba po prostu wyrzucę wieczko i pozostanę przy samej nakrętce.

2. Baza matująca
Nie używam podobnych kosmetyków na co dzień. Nie zachęca do tego mocno chemiczny skład, ale pewnie nie tylko ja uważam, że to kosmetyk na większe okazje. Poza próbkami bazy z Sephory (która po jednym użyciu pozatykała mi pory) to pierwsza baza, którą miałam okazję wypróbować w różnych warunkach.
Po pierwsze, nie zapycha, a to pierwsze kryterium które biorę pod uwagę oceniając, czy któryś produkt przypadnie mi do gustu.
Po drugie, ma prześliczne, eleganckie i wygodne opakowanie - w dodatku higieniczne, bo szklane. Dozownik z pompką jest ustawiony w sam raz, żeby wydobyć z opakowania ilość bazy, która pozwoli na pokrycie całej twarzy.
Po trzecie, wygładzenie! Skóra robi się bardzo, bardzo gładka, a w dotyku jakby satynowa albo przypudrowana jedwabiem. Baza wygładza do tego stopnia, że w trakcie robienia zdjęć musiałam bardzo uważać, żeby aparat nie wyśliznął mi się z rąk.
No i, po czwarte - mat. Tak jak w przypadku kremu nie jest to kredowy, sztuczny efekt, ale mat przywodzący na myśl po prostu świeżo umytą twarz. W dodatku utrzymuje się u mnie nawet przy takich upałach przez kilka godzin. Nawet godzinne zajęcia z jogi w najgorętszy dzień tego miesiąca nie zmusiły bazy do poddania się :) 

3. Aksamitny fluid matująco - kryjący.
To dla mnie zupełna nowość, bo nie używałam fluidów od ładnych kilku lat - naprawdę! Przestawiłam się dawno temu na podkłady mineralne, a mniej więcej rok temu na koreańskie BB kremy. Dlatego byłam trochę sceptycznie nastawiona. Minerały i bb kremy same (w granicach możliwości) dopasowują się odcieniem do karnacji. Z fluidem zawsze jest trudniej, można nie trafić we właściwy odcień. 
Mam kolor nr 13, naturalny i w opakowaniu wydawał mi się odrobinę za ciemny, ale okazało się, że radzi sobie z wtapianiem się wcale nie gorzej niż moje ulubione bb kremy. Same zobaczcie. Pierwsze zdjęcie przed rozsmarowaniem, drugie po. 


Fluid solo nie daje wyraźnego efektu matującego, przynajmniej na mojej mieszanej cerze ze strefą T bardzo skłonną do błyszczenia, ale w parze z kremem lub bazą radzi sobie dobrze i nie ściera się w ciągu dnia, nawet kiedy odruchowo podeprę policzek ręką. W czasie upałów jest mi w nim trochę "niewygodnie", czuję, że mam coś na twarzy ale myślę, że osoby, które stosują fluidy na co dzień i od dawna, nie będą miały takich odczuć. Najfajniejsze jest to, że ten podkład można spokojnie nakładać palcami, a jestem do takiej aplikacji przyzwyczajona. W czasie nakładania mam śmieszne wrażenie, jakby fluid zmieniał konsystencję na mocno wodnistą - rozprowadza się dzięki temu szybko i dokładnie, a odczucia są takie jak przy nakładaniu delikatnego kremu nawilżającego, a nie czegoś kryjącego. Po zakończeniu tego opakowania pewnie i tak wrócę do bb kremów, bo jestem do nich po prostu przywiązana, ale cieszę się, że miałam okazję wypróbować ten produkt na sobie. Odzyskałam wiarę, że nie zawsze z fluidem będę wyglądać jak woskowa lala w masce ;)

Reasumując - trio warte polecenia, produkty ładnie się uzupełniają, działają w zgodzie ze swoim przeznaczeniem i obietnicami producenta i nie robią mi żadnej krzywdy - czego chcieć więcej?

Ps. Ten sznurek na mojej ręce to makramowa bransoletka, którą uplotłam sobie kiedy mój sznurek z Lilou zakończył żywot. Jeśli znajdą się osoby zainteresowane taką techniką zaplatania sznurków, mogę zrobić mały instruktaż zdjęciowy i wrzucić na bloga - są chętne? Macie jakieś sugestie?

sobota, 18 sierpnia 2012

Męskim okiem - olejowanie oczu

Zmywałam makijaż i z gapiostwa przyłożyłam płatek kosmetyczny do powieki zanim płyn  zdążył się w płatek dobrze wchłonąć. Odrobina oleju wpłynęła pod powiekę. Nic nie szczypało, ale wzrok mi się na chwilę zamglił. Poskarżyłam się mężowi.

Ja: Mam olej w oku
On: Po co?
Ja: Jak to po co?
On: No po co sobie wlałaś?
Ja: Niechcący!
On: Aaa bo myślałem, że olejujesz oczy.
Ja: Co?!
On: No bo ostatnio olejowałaś włosy, teraz widziałem, że przeglądasz blogi i nagle mówisz, że masz olej w oku. Wybacz, ale to JEST podejrzane.

2w1 - płyn do demakijażu i odplamiacz dzieci ;)

Jakiś czas temu zarzuciłam stosowanie metody OCM - częściowo dlatego, że zabierała mi za dużo czasu, trochę dlatego, że musiałam przy niej najpierw przeczekiwać okres oczyszczania się cery i wysypu niespodzianek - ale głównie dlatego, że lubię testować nowe rzeczy i nowe sposoby; nie lubię rutyny.
Niedawno w czasie zakupów zauważyłam kilka różnych płynów dwufazowych, chyba z Bielendy. Zniechęciło mnie to, że wszystkie były tylko do oczu, a szukałam czegoś, czego mogłabym używać do całej twarzy, z okolicami oczu włącznie. 
Wtedy przypomniałam sobie o reszcie mojej mieszanki do OCM i postanowiłam ją wykorzystać, żeby samodzielnie zrobić sobie płyn dwufazowy, bo jest to jeden z najłatwiejszych do sporządzenia w warunkach domowych kosmetyków.
Mieszanki olejowej miałam nieco mniej, niż pół buteleczki. Jej skład to 20% oleju rycynowego i po 40% oleju z orzechów włoskich oraz pomarańczowo brzozowego olejku  Alterry, dostępnego w Rossmannach. Buteleczkę dopełniłam wodą destylowaną - i gotowe! Szybko, prawda? :) 
Faza wodna i olejowa są rozdzielone jak w każdym normalnym płynie dwufazowym - przed wylaniem mikstury na płatek kosmetyczny wystarczy mocno wstrząsnąć butelką.
Makijaż zmywa się bez problemu, także ten wodoodporny. Co najważniejsze, płyn nie podrażnia oczu i nie szczypie.
Wypróbowałam go też na mojej 2,5 rocznej córeczce, która dorwała gdzieś żelowy długopis i udając, że jest bardzo zajęta rysowaniem kredkami, zdążyła sobie "podpisać" obie ręce. Ślady długopisu zeszły błyskawicznie i bez tarcia skóry, więc polecam ten sposób zwłaszcza mamom, których pociechy będą we wrześniu rozpoczynać naukę pisania ;)
Szczerze mówiąc nie mam ochoty kupować już gotowych płynów, skoro mogę sobie taki wyprodukować w dowolnej ilości i w naprawdę dobrym składzie. Spróbujecie?

wtorek, 14 sierpnia 2012

Co mam, to dam - domowe czyściki do twarzy a'la LUSH

Dzisiaj skrótowo, bo to raczej post z serii "pomysł na" niż długa relacja z opisem efektów.
Wczoraj przeczytałam na blogu Aliny Rose  świetny przepis - wskazówkę, jak domowym sposobem zrobić sobie pastę do oczyszczania twarzy podobną do Angels on Bare Skin firmy LUSH.
Dla niezorientowanych - pasty czyszczące to coś o konsystencji surowego kruchego ciasta, mokrego piasku albo gliny, co po dodaniu odrobiny wody i wymieszaniu na dłoni zamienia się w pastę do czyszczenia i peelingowania twarzy. 
Miałam okazję wypróbować kilka różnych past LUSHa, obecnie używam też Plastelinki Ufoludka z Lawendowej Farmy i w przypadku ich wszystkich byłam i jestem bardzo zadowolona, ale pomysł Aliny mnie zachwycił. 
Zabawa w robienie swojej pasty jest naprawdę przednia, przy tym koszt wytworzenia naprawdę niewielki i warto spróbować chociaż raz. 
Bazą są sproszkowane migdały i to może być największy problem, bo nie każdy ma dostęp do maszynki do orzechów, która pomoże je zmielić na proszek. Widziałam na allegro takie młynki do orzechów za 20 - 30 zł. Ja maszynkę pożyczyłam od Mamy (grunt, to wiedzieć, do kogo zadzwonić ;) pozdrawiam Mamę :D ) a pokruszone migdały później dodatkowo ucierałam w moździerzu aż stały się podobne do mokrego piasku.
Wybaczcie brak zdjęć - robiłam to na szybko - zdjęcia będą jak już przez jakiś czas potestuję pastę, która mi wyszła i ocenię, czy dobrałam prawidłowy skład.
Oprócz garstki migdałów wykorzystałam po 3 łyżeczki suszonej szałwii i pokrzywy, 2 łyżeczki kaolinu, po kilka kropel konserwantu i mleczka pszczelego w glicerynie, kilkanaście kropel ulubionego maceratu marchewkowego, 20 kropel olejku z drzewa herbacianego oraz odrobinę przegotowanej wody, żeby całość dała się po ucieraniu zagnieść w kulkę jak ciasto. Na koniec dorzuciłam łyżeczkę peelingu z pestek truskawki dla mocniejszego złuszczania martwego naskórka.
Zasada jest taka - najpierw dokładnie ucieramy wszystkie suche składniki, potem po trochu dodajemy płyny. Można użyć ulubionego oleju, wody termalnej, hydrolatów, maceratów, olejków eterycznych - w przypadku tych ostatnich pamiętajcie o sprawdzeniu na opakowaniu, czy dany olejek nadaje się do kontaktu ze skórą. Wśród suchych składników oprócz migdałowej bazy mogą się znaleźć dowolne glinki, suszone zioła, nawet mak, mielone otręby czy mączka ryżowa. Ogólnie mamy tu pełną dowolność i stąd właśnie tytuł postu. 
Macie ochotę spróbować? A może wymyśliłyście już własny przepis na taką pastę i zechcecie się nim podzielić w komentarzach?

sobota, 11 sierpnia 2012

Śmierdzący eksperyment - post dla osób o mocnych żołądkach ;)

Miałam ochotę obejrzeć dzisiaj jakiś film i przypadkiem trafiłam na stronę vod.pl, a tam do działu dokumentalnego. Moją uwagę przykuł tytuł "Jak bardzo można być brudnym" i odważyłam się ten dokument obejrzeć.
Krótkie streszczenie: "Nicki Taylor, matka trojga dzieci, decyduje się na karkołomny eksperyment. Chcąc sprawdzić czy rację mają niektórzy lekarze i specjaliści twierdzący, że w kosmetykach znajdują się substancje mogące szkodzić zdrowiu, postanawia przez miesiąc z nich nie korzystać i się nie myć. No bo co złego może się bez nich wydarzyć?"

Ciekawie było zweryfikować swoją wiedzę na temat ogólnej higieny i kosmetyków i obejrzeć wyniki tego eksperymentu. Podaję link do filmu, ale uprzedzam - nie jedzcie nic w trakcie i nie otwierajcie tego,  jeśli macie słabe żołądki - za efekty nie odpowiadam ;) Film zawiera kilka mocno niesmacznych scen, sugestywne opisy zapachów i ogólnie nie ogląda się go łatwo i przyjemnie, ale z drugiej strony jest ciekawy bo to chyba pierwszy taki eksperyment na świecie.

Jestem bardzo ciekawa ile osób zdecyduje się zaryzykować i podzieli się swoimi opiniami. Moje trzy główne wnioski to:
1. Firmy kosmetyczne NIGDY nie powiedzą nam całej prawdy na temat chemicznych środków.
2. Odbieranie zapachów to sprawa jeszcze bardziej indywidualna, niż nam się wydaje.
3. Kobiety brudzą się o wiele bardziej, niż mężczyźni :/

Miłego odbioru :P

Zerowe efekty - żelatynowy laminat do włosów

Przyznaję się bez bicia, w kwestii nowinek zdarza mi się iść jak przysłowiowa owieczka za stadem ;) Od paru dni na blogach panuje nowy szał, mianowicie żelatynowe laminowanie włosów. Wszystkie blogerki już na pewno wiedzą, o co chodzi, ale garść informacji dla czytelników spoza tego grona.
Laminowanie żelatyną to z założenia szybka, łatwa i efektywna metoda zamykania łusek włosów, a co za tym idzie, wygładzania włosów, przy użyciu taniego i powszechnie dostępnego środka spożywczego, jakim jest żelatyna.
Laminat przygotowuje się i stosuje bardzo łatwo i szybko. Łyżkę żelatyny zalewamy dwiema - trzema łyżkami gorącej wody i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia. W czasie, kiedy mikstura stygnie, należy umyć włosy i osuszyć lekko ręcznikiem. Do żelatynowego żelu dodajemy pół łyżki dowolnej odżywki lub maski do włosów, dzięki której łatwiej będzie nałożyć papkę na włosy. Przykrywamy foliowym czepkiem i turbanem z ręcznika na 45 minut, potem bardzo dokładnie spłukujemy letnią lub chłodną wodą. I tyle.
"I tyle" także w kwestii efektów, niestety. Przyznam się, że byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej metody po przeczytaniu recenzji kilku zachwyconych blogerek, ale niestety - u mnie efekt zerowy.
Przed myciem nałożyłam na suche włosy olej, Amlę. Pierwsze mycie mydłem do włosów z Lawendowej Farmy, drugie mycie szamponem cedrowym Babci Agafii (bez silikonów, parabenów, SLS itd). Bardzo często stosuję takie podwójne mycie, ponieważ delikatny szampon usuwa osad z mydła równie dobrze, jak kwaśne płukanki.
Po myciu nałożyłam żelatynę wymieszaną z trzyminutową odżywką Fructis, bez silikonów. Odczekałam przepisowe 45 minut w turbanie, spłukałam najdokładniej, jak się dało i się zdziwiłam. Moje włosy po takim zabiegu są w identycznym stanie jak i bez niego, szkoda :( Myślę, że może dzięki częstemu stosowaniu olei, koloryzacji henną i kwaśnym płukankom moje włosy są w na tyle dobrym stanie, że inne naturalne metody już nie mają szans zadziałać i dla większego wygładzenia musiałabym użyć silikonów, na co nie mam najmniejszej ochoty. Możliwe, że ta metoda daje tym wyraźniejszy efekt, im bardziej plączące się i kapryśne są włosy osoby, która ją zastosuje. Ale jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że wygładzenie, które dziewczyny tak chwalą to w ogóle nie jest efekt żelatyny, tylko długotrwałego działania odżywki w cieple. Przecież zazwyczaj nakładamy odżywkę w lub po kąpieli, na 3 - 10 minut, a tu aż 45 i to pod przykryciem. 
Jeśli macie jakieś swoje spostrzeżenia co do tej metody, chętnie poczytam. Na razie jestem rozczarowana i nie mam ochoty wypróbowywać jej drugi raz.

środa, 8 sierpnia 2012

OStrożnie z żelem!

OStrożnie bo grozi Wam OStre uzależnienie jeśli zainspirowane/ni tą notką podążycie do Rossmanna albo Reala. Tam właśnie kupić można żele Original Source, w skrócie OS.
Dawno temu natknęłam się na opis jednego z nich na jakimś blogu i najpierw pomyślałam, że trochę drogo. Potem natrafiłam na promocję, w której cena została obniżona z 8.99 na 6.99, a dodatkowo drugi żel dodawano gratis. No i się zaczęło...
Zanim przeczytacie dalszy ciąg i zanim przedstawię kilku moich ulubieńców, chciałabym Was uspokoić - 8,99 za 250ml to wcale nie jest wysoka cena, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że żele pienią się jak wściekłe, zwłaszcza na gąbce i dosłownie kilka kropel wystarczy na wyszorowanie całego ciała. Dodatkowo  w każdej butelce zamknięte są ekstrakty i soki z owoców, ziół itp, co moim zdaniem stawia OS na równi z żelami LUSHa, na które do niedawna panował szał na wizażu i polskich blogach kosmetycznych. A, że cena OS jest zdecydowanie przyjemniejsza od ceny LUSHa, warto wypróbować chociaż jeden wariant i samemu zdecydować, czy się je pokocha, czy znienawidzi. Taki tekst odnajdziecie zresztą na nalepce każdej z butelek - pokochasz, lub znienawidzisz - tu nie ma miejsca na obojętność.
Po takim wstępie możecie się już domyślać, że jestem OSoholiczką, która nie wybiera się na żaden odwyk ;) 
Zacznę od zapachu, którego niestety nie ma już na rynku. Co jakiś czas następuje "zmiana warty", kilka żeli wypada z oferty, a zastępuje je coś nowego, pojawiają się także sezonowe limitowanki. Ma to wiele dobrych stron, ale akurat za tym konkretnym będę bardzo mocno tęsknić - zostało mi go w butelce dosłownie tyle, co na jedno użycie i jakoś nie mogę się na to zdecydować :)

Eukaliptus i bazylia - niesamowicie świeże połączenie, orzeźwiające, z delikatną ziołową nutą. Sam żel ma kolor zgniłej zieleni, co nieodmiennie kojarzy mi się ze Shrekiem ale śmiem przypuszczać, że Shrekowe bagno nie pachniało tak ładnie ;)
fot. stylistka.pl

Pomarańcza i imbir - żel w żywym, pomarańczowym kolorze, o pomarańczowo korzennym aromacie. Kojarzy mi się trochę świątecznie, co nie przeszkadzało mi go używać i wiosną :) Coś dla wielbicieli cytrusów i słodyczy

fot. stylistka.pl

Smoczy owoc (pitaja) z pieprzowcem (papryką) - rozgrzewający żel o nietypowym zapachu. Jest słodki i ostry równocześnie - coś jak prawdziwa kobieta :P

fot. stylistka.pl

Cytryna i drzewo herbaciane - idealnie oddany zapach świeżo startej skórki cytrynowej, dodatkowo "ochłodzony" aromatem drzewa herbacianego. Każda butelka tego żelu zawiera to, co najlepsze z 10 prawdziwych cytryn.

fot: stylistka.pl


Czekolada z pomarańczą - absolutnie nie dla odchudzających się! Nie zliczę, ile razy po kąpieli z tym żelem czułam wprost gigantyczną chęć sięgnięcia po delicje. Żaden inny kosmetyk nie przypominał mi delicjowego zapachu tak bardzo, jak ten.

fot. rossnet.pl

To tylko kilka wariantów serii "codziennej". Chociaż może powinnam powiedzieć, że :"niecodziennej", bo czego jak czego, ale codzienności i nudy firmie OS zarzucić nie można. Nie bez powodu hasłem naczelnym reklamującym żele są słowa "nie zawiera rutyny". Na sklepowych półkach znajdziecie jeszcze mango i makadamię, maliny, miętę z czekoladą, miętę z trawą cytrynową, limonkę... Nawet nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich :)
Żeby swą nierutynowość pokazać jeszcze bardziej, pojawiają się także limitowanki. Tego lata jest to żel Spearmint, pachnący mocno miętową gumą do żucia, oraz British Strawberry - wersja, która moim zdaniem pachnie jak bardzo mocno truskawkowy cukierek i jest kapitalna. 

fot. barwy-wojenne.blogspot.com
Na koniec dodam, że butelki nadają się do recyklingu i wszystkie poza limitowankami mają praktyczny silikonowy zaworek, dzięki któremu żel się nie wylewa nawet stojąc "na głowie".
Co o nich myślicie? Który zapach przemawia do Was najbardziej?