piątek, 25 maja 2012

Gąbka konjac i powrót po przerwie

Tam tara tam! Mój komputer w końcu jest czymś więcej niż kupką niedziałających podzespołów, więc mogę pisać spokojnie i wygodnie, ze swojego miejsca.
W komentarzach do ostatniego postu nie wyłoniliście (-li, a nie -ły, o dziwo :) pozdrawiam czytających mężczyzn ;) )  większością głosów kandydata na nową notkę, więc zadecydował komentarz najbardziej entuzjastyczny. :)
Gąbka konjac (in. konnyaku) to gąbka naturalna pochodząca z rdzenia rośliny o tej samej nazwie. Ze względu na charakterystyczną strukturę tzn. mnóstwo krzyżujących się włókienek, świetnie sprawdza się do masowania twarzy i złuszczania martwego naskórka.
W stanie suchym gąbeczka jest twarda jak kamień i bardzo lekka, ale przy tym dosyć gładka - zupełnie nie przypomina pumeksu chociaż przed zakupem myślałam, że tak będzie. Po kilku minutach w wodzie mięknie, staje się gładka i śliska. W dotyku przypomina mi namoczony czerstwy chleb - kto kiedyś karmił kaczki albo łabędzie, wie o czym mówię :) Nie tylko dotykiem przypomina chleb - no dobrze, przyznam się, użarłam kawałek - chciałam sprawdzić, czy to rzeczywiście produkt 100% naturalny. W smaku to cudo jest bardzo podobne do chińskiego makaronu ryżowego - teraz nie musicie już gryźć gąbki, żeby o tym wiedzieć. ;)
Masaż twarzy w jej wykonaniu jest super przyjemny - nie jest to głęboki peeling ale raczej "wypolerowanie" naskórka. Twarz staje się gładsza, ale dopiero po kilku użyciach suche skórki znikają całkiem. 
Dużym plusem jest delikatność gąbki, bo nawet przy długim i mocnym masażu skóra nie jest ani trochę podrażniona. Dodatkowo nie trzeba używać żadnych środków myjących, żeby porządnie oczyścić skórę. Konjac po namoczeniu wydziela śliską substancję, która jednocześnie ułatwia ślizganie się gąbki po skórze i zapobiega podrażnieniom, jak i oczyszcza oraz pielęgnuje skórę. 
Dopiero po mniej więcej tygodniu używania zaczęłam stosować razem z gąbką żel do mycia twarzy, bo miałam wrażenie, że ta pierwotna śliskość zanika.
Dużym minusem natomiast jest fakt, że po kilku(nastu) dniach użytkowania gąbka zaczyna się rozwarstwiać. Moja rozdzieliła się i przybrała postać pustej w środku sakiewki, co utrudniało stosowanie, bo niewygodnie się ją trzymało. Przypuszczam jednak, że nie dzieje się tak z każdą z nich - po prostu skoro to produkt naturalny, to trudno przewidzieć, jak długie i intensywne użytkowanie wytrzyma.
Koszt konnyaku na ebayu to około 6-7zł, a na allegro da się je kupić już za 10 - 15 zł. Myślę, że cena ta jest na tyle niska, że warto wypróbować gąbeczkę na swojej skórze, bo mimo paru wad, masaż nią jest naprawdę wyjątkowo przyjemny.

niedziela, 13 maja 2012

Blogerka marnotrawna

Miało być krótko i co?
I minął ponad miesiąc, a mój komputer dalej ma urlop (tzn. leży sobie jak leżał, odwiedził informatyka, ale sprawa jest poważniejsza, więc czeka mnie zakup części, kopiowanie danych i format dysku). Postanowiłam wziąć się w garść i przyzwyczaić do blogowania na innym laptopie, bo nazbierało sie trochę tematów do opisania no i ileż można się obijać, nie? ;)
Jak widzę, w międzyczasie blogger zmienił wygląd i niespecjalnie mi się podoba ten nowy, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia.
W ramach przeprosin za długą nieobecność, zostawiam Wam decyzję, jaka notka ma być w najbliższym czasie pierwsza, tzn. jaki temat najbardziej Was interesuje:
1. Metoda OCM i alternatywy dla niej
2. Gąbka Konjac
3. Krem matujący "Siarkowa moc"
4. Ajuwerdyjski krem z olejkiem z drzewa sandałowego i kurkumą
5. Przegląd perfumeryjny, czyli moi ulubieńcy

Do czasu postawienia laptopa na nogi notki będą się pojawiały pewnie niezbyt systematycznie, ale będę się starała jakoś to wszystko ogarnąć. Pozdrawiam i dziekuję tym wszystkim z Was, które wysyłały mi komentarze nawet wtedy, jak mnie nie było.

niedziela, 1 kwietnia 2012

Krótka przerwa

Z konieczności mam krótką (mam nadzieję) przerwę od kosmetycznego blogowania. Laptop odmówił posłuszeństwa i nie wiem, kiedy uda się go naprawić. Melduję, że wrócę jak tylko sprzęt wróci do stanu używalności. Póki co, będę się udzielać tylko na drugim blogu, bo na razie wymaga to tylko dwóch minut na przekopiowanie archiwalnych tekstów.
Do poczytania wkrótce :)

czwartek, 29 marca 2012

Nowy blog - zapraszam :)

Nie, nie kasuję Lusterka, nie przenoszę go gdzie indziej i dzisiejszy post nie ma związku z kosmetykami itp.
Chciałabym Was zaprosić do lektury mojego drugiego bloga, który nie ma nic wspólnego ze światem zdrowia i urody, za to będzie zawierał sporą dawkę absurdów rodem z codziennego życia.

Zatem - zapraszam :) Całe życie z Pythonami (KLIK)

środa, 28 marca 2012

Męskim okiem - najwyższe poświęcenie

Postanowiłam ostatnio, że nie będę kupować żadnych nowych kosmetyków, dopóki nie zużyję w całości chociaż kilku już otwartych. Szafki łazienkowe błagają o litość, a szampony, żele, balsamy i inne różności czekają w kolejce. 
(No dobrze, kupię lakier bezbarwny, bo się skończył, ale ciiiiiicho, to się nie liczy, no nie?)

Podzieliłam się moimi planami z mężem

On: A masz w tej szafie jakieś mazidła wyszczuplające?
Ja: Mam, nawet kilka, a co?
On: A to działa?
Ja: Poniekąd, to znaczy napina skórę i jakoś ogólnie poprawia wygląd, a czemu pytasz?
On: To jak masz za dużo to daj mi jedno. Zużyję ci i będziesz sobie mogła kupić coś nowego.
Ja: Serio?
On (z pełną powagą): Serio, widzisz, jak ja się dla ciebie poświęcam?

Nie pisałam nigdy postów związanych z Projektem Denko (dla niewtajemniczonych - publikowanie listy i zdjęć zużytych produktów) ale muszę się pochwalić, że nawet z okazji wiosny nie dopadł mnie szał zakupowy, czego i Wam życzę :)

środa, 14 marca 2012

Azjatycki czyścik do twarzy

Skuszona niską ceną na eBayu zamówiłam kiedyś bardzo śmieszny gadżecik z Hongkongu. Azjatki najwyraźniej bardzo lubią drobiazgi służące dokładnemu oczyszczaniu twarzy, ponieważ przeróżnych gąbek i szczoteczek jest w tym serwisie pełno. Mój wybór padł na czyścik z silikonu, ponieważ uznałam, że łatwo będzie go utrzymać w czystości i nie trzeba będzie go wymieniać tak często, jak gąbki konjac, której też używam.
fot. ebay.pl
Jest to coś w rodzaju szczoteczki z bardzo krótkimi i zaokrąglonymi wypustkami czyszczącymi. Z tyłu przymocowana jest stopka, którą umieszczamy między palcami, dzięki czemu cudak dobrze leży w dłoni i nie wypada nawet kiedy jest śliski od mydła czy olejku. Dobrym pomysłem jest też pętelka na brzegu - teoretycznie przewleka się przez nią palce dla jeszcze mocniejszego uchwycenia szczoteczki, a w praktyce ułatwia przechowywanie i suszenie dziwoląga - wieszam go po prostu na wieszaczku razem z ręcznikiem.
Producent obiecuje dogłębne oczyszczenie porów. Kształt czyścika ma to ułatwić, ponieważ zwężony koniec pozwala na dotarcie takich miejsc jak skrzydełka nosa. Niestety, po kilku tygodniach użytkowania nie zauważyłam obiecanego efektu. Nie znaczy to jednak, że wynalazek do niczego się nie nadaje. 
Czyścik bardzo dobrze sprawdza się w roli masażera do twarzy i używanie go w połączeniu z mydłem lub żelem do mycia twarzy jest bardzo przyjemne. Mam wrażenie, że mimo braku widocznego działania na pory, skóra jest bardziej oczyszczona, niż po masowaniu twarzy samymi palcami. Od niedawna testuję też metodę OCM (oczyszczania olejem) i taki sposób zastosowania czyścika to dla mnie strzał w dziesiątkę - w parze z olejem ma bardzo relaksujące i odprężające działanie. Myślę, że niejedna z Was znalazłaby dla niego jakieś ciekawe zastosowanie, a ponieważ razem z wysyłką jego cena nie przekracza pięciu złotych, warto sprawdzić go na sobie. Ot, nawet w ramach zabawnej ciekawostki.

środa, 7 marca 2012

Tangle Teezer - post niezdecydowany

Od jakiegoś czasu bardzo dbam o włosy - olejowanie, całkiem nowa pielęgnacja, henna, odżywki i ogólnie, tak zwane cuda na kiju. Zachęcona opiniami o magicznej szczotce Tangle Teezer postanowiłam zaszaleć i nabyć to cudo. Zaszaleć, ponieważ po paru miesiącach jej używania zastanawiam się, czy wydanie 50 zł na plastikową szczotkę przypadkiem szaleństwem nie jest. 
I wiecie co? Po kilku miesiącach nadal nie wiem, co o tym cudaku myśleć. 
Słówko wstępu dla osób, które o szczotce TT nie słyszały - to wynalazek z bardzo specyficznym ustawieniem ząbków. Ma rozczesać bezboleśnie każdy kołtun, wygładzić włosy i przede wszystkim nie niszczyć ich przy szczotkowaniu. Dodatkowo masuje głowę podczas czesania, co poprawia krążenie i pobudza wzrost nowych włosów. Tyle z teorii - a praktyka?
fot. selfridges.com
W praktyce pierwszą rzeczą, za którą lubię moją TT jest jej szalony kolor, bo wybrałam kolor jaskrawo pomarańczowy. Nie ma szans, żebym ją gdzieś zapodziała. Po drugie rzeczywiście szczotkowanie nią włosów jest wyjątkowo przyjemne - ząbki są giętkie i stosunkowo delikatne, więc nie drapią skóry głowy, tylko ją masują. Zauważyłam jednak, że gdybym miała włosy nieco bardziej gęste, to ząbki w ogóle nie byłyby się w stanie przebić przez włosy i dotrzeć do skóry, bo byłyby na to za krótkie. 
Rozplątywanie ewentualnych kołtunów jest rzeczywiście bezbolesne, bo TT szarpie mniej od zwykłych szczotek. Raczej nie mam problemów z plątaniem się włosów, ale miałam okazję sprawdzić tę właściwość mojego "Żuczka" po koloryzacji henną, ponieważ po spłukaniu farby, a przed nałożeniem odżywki, włosy są matowe i straszliwie skołtunione. Dałam radę doprowadzić je do porządku względnie szybko i bez ofiar w ludziach.
Tu niestety pozytywy się kończą. Przede wszystkim nie mogę zrozumieć, czemu wszyscy twierdzą, że TT to szczotka bardzo poręczna. Najwyraźniej czeszę się zbyt gwałtownie albo mam jakieś niewymiarowe dłonie, bo fryzjerskie cudo już 3 razy wylądowało w wannie, a raz na podłodze i to ze sporym rozmachem. O dziwo, szczotka nie pękła, ale nie mam pojęcia, ile takich wypadków jeszcze wytrzyma.
Poza tym włosy wcale nie wypadają mniej. Jest ich na szczotce tyle, co zwykle, a TT jest okropna w czyszczeniu, ze względu na swoje delikatne ząbki, których nie należy wyginać. Radzę sobie z jej czyszczeniem przy pomocy wykałaczki, którą przeciągam w rzędach pomiędzy ząbkami.Sposób skuteczny, ale jednak dosyć uciążliwy, bo kto trzyma wykałaczki w łazience? 
Kolejnym problemem jest przechowywanie szczotki, ponieważ nie można jej kłaść na ząbkach, nosić w torebce, ani wrzucać byle gdzie (znowu ze względu na ząbki). Na szczęście w sprzedaży dostępna jest też wersja podróżna TT ze sprytnym wieczkiem ochraniającym, ale myślałam, że będzie dla mnie za mała, a poza tym jest droższa.
Pierwszy raz używam produktu, o którym nie potrafię sobie wyrobić jednoznacznego zdania po kilku miesiącach. Czasami TT uwielbiam i czeszę się po kilka razy dziennie, żeby tylko poczuć ten miły masaż, a czasami wściekam się, kiedy po raz kolejny w ostatniej chwili łapię pomarańczową torpedę wymykającą mi się z ręki i zastanawiam się, po co się z nią męczę, zamiast wrócić do starej, ulubionej, okrągłej i metalowej szczotki kupionej kilka lat temu za szaloną kwotę 4,50 zł. 
Teraz mam ochotę na wypróbowanie szczotki z włosia dzika, bo naczytałam się wielu pochlebnych opinii, ale boję się, że będzie tak, jak z TT. Czy któraś z Was ma może porównanie tych czesadeł?
Reasumując - z jednej strony nie wiem co myśleć, a z drugiej nie przestaję używać TT. Produkt - zagadka.

czwartek, 1 marca 2012

Prosto z grządki - peeling truskawkowy i olej z marchewki

Kilka razy wspominałam Wam już o jednej z moich ulubionych firm produkujących naturalne kosmetyki, a mianowicie JS Beaute. Dzisiejsza notka będzie bez zdjęć i musicie mi to wybaczyć, bo mąż "zakosił" aparat i wyjechał na parę dni, ale ponieważ każdy wie, jak wyglądają truskawki i marchewki, to dobry moment, żeby napisać akurat o nich :)
Bardzo lubię mocne, ostre peelingi zarówno do twarzy, jak i do całego ciała. Najczęściej używam korundu, ale ponieważ ma on bardzo specyficzną postać i działanie, co jakiś czas odstawiam go na tydzień - dwa i zamiennie stosuję inne ścieraki. Na moim osobistym podium znalazła się peeling z nasion truskawki. Ma skład najprostszy z możliwych - to wysuszone nasionka przemielone na tyle, że nadal są w dosyć dużych kawałkach, ale dzięki przemiałowi nie są już gładkie i owalne, ale mają ostre krawędzie, które ścierają martwy naskórek na tyle mocno, że zadowolone będą nawet wielbicielki "hardcorowych" peelingów. Używam go zazwyczaj na twarz zwilżoną wodą lub mieszam z odrobiną żelu, ale nawet wtedy to jeden z najmocniejszych peelingów, z jakimi się spotkałam. Osoby z wrażliwą skórą powinny używać go w małych ilościach wymieszanych ze sporą porcją delikatnego żelu do mycia, dającego nasionkom poślizg - to znaczy w sytuacji, jeśli uprą się na wypróbowywanie tego produktu, bo jest on raczej polecany osobom z cerą tłustą, mieszaną lub normalną.
Truskawki zawierają sporą ilość witamin, kwasów i błonnika, więc nawet stosowane w postaci proszku, zachowują część tego zdrowotnego bagażu. Zresztą nawet gdyby był to najzwyczajniejszy ścierak to i tak sama świadomość, że nie ma w nim ani promila sztuczności sprawia, że wyjątkowo miło się po niego sięga. Zaczęłam się ostatnio intensywnie zastanawiać po co koncerny kosmetyczne silą się na produkcję kosmetyków kipiących od chemii, skoro zazwyczaj ten sam efekt można osiągnąć w najprostszy możliwy sposób. I zapewne da się to wytłumaczyć jakimiś sprawami marketingowymi, ale szczerze mówiąc, nie rozumiem - będę wdzięczna, jeśli ktoś podejmie próbę wytłumaczenia mi tego :)
Wracając do truskawek - według producenta peeling ten jest przeznaczony do twarzy, ale z równie dobrymi skutkami używam go do ciała, nakładając mokrą dłonią na namydloną skórę, lub mieszając z żelem pod prysznic. To kolejna cecha naturalnych produktów, którą bardzo cenię - mnogość zastosowań zależna wyłącznie od naszego widzimisię i wyobraźni.
Po intensywnym złuszczaniu wypadałoby skórę nawilżyć i załagodzić ewentualne podrażnienia. Tu z pomocą przychodzi produkt rodem z sąsiedniej grządki, czyli olej marchwiowy. Bazą dla niego jest olej słonecznikowy, a oprócz niego buteleczka zawiera olej z marchewki, ekstrakt z marchewki i beta karoten, czyli mamy do czynienia z kolejnym bardzo przyjemnym, prostym składem. 
Olej ma barwę marchewkową (niespodzianka! :) ) dzięki czemu może być używany jako naturalny samoopalacz. Producent zaleca nakładanie go na skórę w małych stężeniach, od 2 do 5%, żeby można było łatwo skontrolować stopień koloryzacji. Przyznam się jednak, że zdarzyło mi się raz użyć go w formie nierozcieńczonej - dosłownie jedna kropla wystarczyła, żeby wetrzeć ją równą warstwą w całą twarz. Nie byłam po tym zabiegu pomarańczowa, a jedynie delikatnie opalona. Zrobiłam to raczej z ciekawości, a na co dzień używam oleju w parze z kremem na noc. Wmieszałam do kremu (Dream Cream z firmy LUSH) tyle olejku, żeby nadać mieszance jasnopomarańczowy kolor. Używam go codziennie na noc już od kilku tygodni i muszę powiedzieć, że już dawno nie byłam tak zadowolona z żadnego kremu. Na początku spodziewałam się tłustej, świecącej twarzy, a tymczasem do rana krem wchłania się całkowicie, a twarz jest prawie zupełnie matowa. Kremu z LUSHa używałam już wcześniej, jednak nigdy nie dawał podobnych efektów, więc jestem przekonana, że zmianę zawdzięczam dodaniu do wieczornej pielęgnacji właśnie marchewkowego oleju. 
Skóra ma wyrównany koloryt, jest bardziej elastyczna, nawilżona i napięta i mimo długiego czasu używania, w buteleczce nie ubyła nawet połowa kosmetyku. Z powodu niskiego zalecanego stężenia, olejek jest szalenie wydajny. Plusem jest też to, że stosowany jako samoopalacz nie zostawia smug, nie śmierdzi, bardzo ładnie się wchłania i pozwala na stopniowanie efektu. Królik Bugs wiedział, co robi ;)

Ps. Jeśli macie ochotę to zerknijcie proszę na poprzednią notkę. Chciałam zrobić ranking polecanych topperów ze zdjęciami, ale na razie jest bardzo mało chętnych.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Ranking lakierów topperów - wstęp do zabawy

Kilka dni temu zapałałam dużą sympatią do toppera Circus Confetti od Essence, znanego pewnie większości lakieromaniaczek. Chociaż przyjaźń ta ucierpiała nieco w chwili zmywania (myślałam, że ten lakier zostanie na zawsze) to nadal jest na tyle mocna, że chciałabym Wam zaproponować coś na kształt zabawy, akcji? W skrócie - stworzenie zbiorczej notki o najlepszych lakierach nawierzchniowych. Jeśli któraś z Was ma ochotę się przyłączyć, proszę o maila na adres nr4@o2.pl
Proszę o nadsyłanie propozycji do poniedziałku 5 Marca. Ranking chciałabym zaprezentować w Dzień Kobiet bo w końcu lakiery to typowo kobieca tematyka, a muszę mieć trochę czasu na zebranie wszystkiego razem.

W mailu należy wysłać:
1. Zdjęcie wykonanego przez siebie manicure z ulubionym topperem w roli głównej.
2. Krótki opis zawierający nazwę produktu oraz uzasadnienie, dlaczego to on zasługuje na miano Topowego Toppera.
3. Zgodę na publikację zdjęcia i całości lub fragmentu uzasadnienia na moim blogu.
Jeśli prowadzicie bloga możecie dołączać linki - podepnę pod nicki przy zdjęciach. Jeśli nie prowadzicie, nic nie szkodzi - zabawa jest otwarta dla wszystkich. Skusicie się? Może uda nam się stworzyć jakieś naprawdę fajne zestawienie?


Aktualizacja 07.03.2012 - ponieważ poza mną zgłosiły się do zabawy tylko dwie Dziewczyny, a ranking składający się z trzech pozycji byłby raczej niespecjalnie interesujący, nie będzie posta z okazji Dnia Kobiet. Za to sprawę pozostawiam otwartą - jeśli kiedyś trafi na tę notkęktoś, kto zechce się przyłączyć, zachęcam do nadsyłania zdjęć. Ranking powstanie, jeśli uzbiera się ich minimum 15, brakuje więc jeszcze 12. No, powiedzmy, że 11, bo mam jeden topper w zapasie i nie zawaham się go użyć ;)

poniedziałek, 20 lutego 2012

Włochaty post II - kosmetyki firmy Dabur

Jak obiecałam wczoraj, dzisiaj zamęczę Was gadaniem o szamponach Dabur. 
W przeciwieństwie do olejków, indyjskie szampony są w Polsce jeszcze stosunkowo mało popularne. Te konkretne, o których będzie mowa, nie odróżniają się od popularnych marek drogeryjnych niczym szczególnym, nie licząc zawartości naturalnych ekstraktów. Obydwa zawierają SLSy na drugim miejscu i nie potrafię ich składu ocenić obiektywnie, bo z jednej strony od niedawna staram się unikać produktów z tym składnikiem, ale z drugiej strony robię to "dla zasady", a nie dlatego, że SLSy mają na mnie jakiś negatywny wpływ. Byłabym też hipokrytką twierdząc, że wyrzuciłam z codziennej pielęgnacji wszystkie produkty zawierające ten składnik - nie, nie wyrzuciłam i nie zamierzam. Owszem, coraz bardziej przestawiam się na pielęgnację naturalną, ale kilka kosmetyków na tyle zyskało sobie moje uznanie, że nie odstawię ich bez względu na skład. Jeden z prezentowanych szamponów zalicza się właśnie do tej grupy - a który? A to się okaże później ;) Zdjęcia obu szamponów pochodzą ze strony sklepu kosmetykidabur.pl.
Jeśli ktoś z Was czytał wczorajszą notkę przerywnikową - to właśnie są owe "cuda i dzikie kaktusy", o których wspominał mój mąż :)


"Dziki kaktus" według producenta przeznaczony jest do mycia włosów osłabionych, łamliwych i skłonnych do wypadania. 

Ekstrakt z kaktusa ma odpowiadać za wzmocnienie włosów i dodanie im puszystości i objętości.
W składzie pojawia się też tajemnicza roślinka - ghergir - i niezależnie od tego, jak tłumaczy się jej nazwę na język polski, ma odżywiać i nawilżać włosy na całej ich długości.
A teraz uwaga, szampon znakomicie odstrasza wampiry, ponieważ kolejnym ekstraktem w nim zawartym jest... tak, czosnek! Oprócz walki z mitycznymi stworami, czosnek ma także wzmacniać cebulki i zapobiegać wypadaniu włosów.
Szczerze mówiąc trudno jest mi zauważyć różnicę w ilości wypadających włosów. Aktualnie jestem na etapie zapuszczania, a wiadomo - im są dłuższe, tym bardziej rzucają się w oczy, powiewając na szczotce. Mogę jednak powiedzieć, że szampon z kaktusem bardzo przyjemnie odświeża włosy, nie obciąża ich i świetnie zmywa oleje. Nie bez przyczyny w końcu wyprodukowała go jedna z wiodących na rynku olejów firm. Czosnku nie czuć w ogóle - zapach jest słodki i dosyć intensywny, jakby owocowy, chociaż nie porównam go do żadnego znanego aromatu - bo czy ktoś wie, jak naprawdę pachnie kaktus?

"Odświeżająca cytryna" to z kolei szampon przeciwłupieżowy. I od razu powiem, że zazwyczaj nie trzymam się ślepo zaleceń producentów i wcale nie uważam, żeby był to produkt tylko dla osób z tym problemem. Sama na szczęście z łupieżem nie mam do czynienia, a mimo to po cytrynowy szampon sięgam z dużą przyjemnością. 
Produkt zawiera również jogurt, który ma delikatnie oczyszczać, nawilżać i odżywiać włosy, oraz miętę, która w połączeniu z cytryną działa przyjemnie odświeżająco, bez efektu chłodzenia, którego niektórzy nie lubią (zwłaszcza w zimie).
Zapach tego szamponu jest bardzo specyficzny - dla mnie to kubek w kubek cytrynowe mleczko do czyszczenia znanej firmy :) Można go za to pokochać lub znienawidzić w zależności od swoich preferencji zapachowych. Ponieważ akurat zapach cytrynowych środków czystości jest jednym z moich ulubionych, zaprzyjaźniłam się z tym szamponem natychmiast.
Przyjaźń kwitnie nieustannie także dlatego, że szampon bardzo dobrze oczyszcza włosy ale ich nie wysusza, dodaje objętości i lekko unosi włosy u nasady, a to nie każdy potrafi.
Teraz możecie już zgadywać, który z tych dwóch produktów wolę. Podpowiedź: nie jest to pierwszy ;)
Reasumując - mimo, że niektórzy mogą nieprzychylnym okiem patrzeć na skład obu szamponów, to jednak warto się z nimi zapoznać zwłaszcza, kiedy olejuje się włosy, bo razem z olejami tworzą całkiem zgraną paczkę.