Dzisiaj notka "techniczna" :) Znudził mi się stary wygląd bloga - za dużo pasteli i najprostszy szablon. Pokombinowałam z tłami i pobawiłam się programem Paint, żeby zrobić sobie nagłówek - co myślicie o efektach? Za czerwono, za pstrokato? A może macie inne sugestie?
czwartek, 29 grudnia 2011
środa, 28 grudnia 2011
Żel oczyszczający "Świeżość i piękno" - Jadwiga
![]() |
| fot. jadwiga.eu |
Niedawno pisałam o papce do cery trądzikowej firmy Jadwiga, którą dostałam do przetestowania dzięki współpracy z portalem Uroda i Zdrowie. W paczce znalazł się również inny produkt tej firmy, czyli żel oczyszczający do cery suchej i wrażliwej. Mam cerę mieszaną ze skłonnością do przetłuszczania w strefie T i przesuszania na policzkach i bardzo rzadko sięgam po produkty adresowane do posiadaczek suchej skóry. Najwyraźniej jednak unikałam ich niesłusznie, bo odpowiednie nawilżanie w moim przypadku reguluje wydzielanie sebum i normalizuje stan cery.
Według producenta "żel przeznaczony jest do mycia cery suchej, wrażliwej i dojrzałej. Dzięki zawartości wyciągu z dzikiej róży, żel wzmacnia naczynka krwionośne, łagodzi podrażnienia, nawilża i regeneruje skórę. Przywraca równowagę hydrolipidową, wygładza i odżywia. Dzięki dużej zawartości witaminy C ma właściwości tonizujące i odświeżające." Dlatego wydaje mi się, że wskazanie na opakowaniu jest nieco mylne. Moim zdaniem produkt ten sprawdzi się w pielęgnacji każdego rodzaju skóry, w tym suchej i wrażliwej, dla której z założenia jest przeznaczony, ale nie tylko. Przecież każdy rodzaj cery potrzebuje nawilżenia, każdemu przyda się regeneracja, odżywienie i wygładzenie, a już właściwości tonizujące i odświeżające są cechami najbardziej pożądanymi u kosmetyków do cery mieszanej i tłustej.
Produkt jest bezbarwny, bezzapachowy i ma dosyć rzadką konsystencję. Zamknięty jest w białej, plastikowej butelce z wygodną pompką. Bez problemu można wycisnąć na dłoń dowolną ilość żelu, nawet jeśli ma to być ostrożnie odmierzona, niewielka kropla. Butelka ma przyjemną szatę graficzną - osobiście bardzo lubię taki prosty styl opakowań, bez nadmiaru zdjęć, obrazków czy sloganów reklamowych.
Moim największym zaskoczeniem było to, że żel zupełnie nie szczypie w oczy, nawet, jeśli przypadkiem do nich spłynie w większej ilości. Moje oczy są dosyć wrażliwe, ale nie pojawiło się żadne pieczenie, zaczerwienienie ani suchość, czyli żadna z reakcji, z którymi miałam do czynienia w przypadku innych żeli oczyszczających.
Kosmetyk nie tworzy piany tylko lekką białą emulsję, która delikatnie oczyszcza i zmiękcza skórę. Miękkość i wygładzenie są odczuwalne natychmiast. Nie zaobserwowałam wpływu na znikanie podrażnień, bo niezależnie od produktów myjących używam też zawsze kremów i maseczek, więc trudno to ocenić. Jestem jednak skłonna uwierzyć producentowi na słowo, bo zawartość wyciągu z dzikiej róży jest gwarantem dobrego działania tego żelu.
Produkt nie radzi sobie ze zmywaniem mocniejszego, a zwłaszcza wodoodpornego makijażu, jeśli użyjemy w tym celu wyłącznie własnych dłoni. Nic w tym zresztą dziwnego, bo żelu oczyszczającego powinno się używać po uprzednim demakijażu. Jeśli jednak macie pod ręką ściereczkę z mikrofibry lub chociaż zwykłe bawełniane waciki, efekty na tym polu są całkiem dobre.
Cena żelu to 30 zł za 200 ml. Czy warto? Moim zdaniem tak, bo chociaż używam produktu od ponad dwóch tygodni dwa, a czasem i trzy razy dziennie, to ubytek w opakowaniu jest bardzo niewielki. Co prawda nieprzejrzyste opakowanie utrudnia podglądanie, ile żelu zostało, ale jego ciężar pozwala to określić całkiem dobrze.
wtorek, 27 grudnia 2011
Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć
Święta to dobry czas na odpoczynek i relaks przy lekturze. Kto by pomyślał, że tym razem mój wybór padnie na poradnik typu "jak żyć"? Nigdy w życiu nie traktowałam takich publikacji poważnie i pewnie nie sięgnęłabym po książkę tego typu w księgarni, ale dzięki nawiązanej niedawno współpracy z portalem Uroda i Zdrowie otrzymałam do zrecenzowania trzy poradniki autorstwa Larry'ego Winget'a, nazywanego Pitbullem Rozwoju Osobistego i Jedynym Na Świecie Irytującym Mówcą.
Dzisiaj chciałabym Wam przybliżyć tematykę pierwszego z nich. "Zamknij się, przestań narzekać i zacznij żyć. Kopniak ku lepszemu życiu" to wyjątkowo osobliwa pozycja wydawnicza. Ze zdumieniem zerknęłam na tytuł i zabawnego gościa na okładce. Wątpiłam mocno - w jaki sposób łysy, brodaty facet w ciemnych okularach, śmiesznych butach i dziwacznej biżuterii ma mi wytłumaczyć, jakie błędy popełniam w życiu? Chodziłam wokół książki jak pies wokół jeża, nieco nieufnie, zastanawiając się, czy nie zmarnuję czasu. A potem zaczęłam się śmiać czytając wstęp. Potem się wkurzyłam. I znowu śmiałam. I tak na zmianę przez cały czas, kiedy czytałam.
Można powiedzieć, że w tytule zawiera się myśl przewodnia każdego rozdziału książki i każdej dobrej rady, którą daje nam autor. Nie bez powodu zyskał sobie przydomki Irytującego Mówcy i Pitbulla. Jest wkurzający, sarkastyczny, często po prostu chamski. Jest agresywny, szorstki i irytujący. A przy tym wszystkim jakimś cudem pozostaje zabawny, inteligentny i troskliwy. Mieszanka wybuchowa, która przypomina mi wszystkimi cechami doktora House'a. Inteligentny cham, który ma dziwaczne metody, ale jego celem jest pomaganie innym.
Ta książka to zupełna odwrotność wszystkich życiowych poradników, o jakich słyszałam. Nie znajdziecie w niej wytłumaczenia, dlaczego jest Wam źle. Nie przeczytacie wytłumaczenia, że to nie Wasza wina. Nie ma tam argumentów, jakimi można próbować uzasadnić, że to cały świat naokoło jest zły, ale wystarczy próbować pozytywnie myśleć i wszystko się jakoś ułoży.
Ooo, nie. Nie ułoży się. Według Larry'ego "jeśli Twoje życie jest do niczego, to dlatego, że sam jesteś do niczego", a klucz do wszelkich zmian leży w działaniu. Autor prowokuje, rzuca tekstami, które mają na celu zirytować czytelnika, a to z kolei rodzi motywację do działania. Sama w trakcie lektury łapałam się na mamrotaniu pod nosem "sam jesteś idiotą" lub też "jaaa nie umiem? g**no wiesz, właśnie, że umiem" i przypuszczam, że widząc takie reakcje Larry zacierałby ręce z zadowoleniem. Okazuje się, że najprostszym krokiem do zmiany myślenia jest złość, skierowana na zwalczanie tych cech, których w sobie nie lubimy. Ukierunkowana i podtrzymywana na tyle umiejętnie, żeby przerodzić się w efektywne działanie. Te z Was, które chciałyby się tego nauczyć albo po prostu z ciekawości przeczytać coś zupełnie nietypowego, będą zachwycone.
poniedziałek, 19 grudnia 2011
Niekosmetyczne zamienniki kosmetycznych bajerów
Czytam czasami o różnych niezwykłych nowościach wśród akcesoriów kosmetycznych i myślę sobie, że gdybym chciała to wszystko kupić i wypróbować, to chyba musiałabym złamać swoją żelazną zasadę i wziąć kredyt. A ponieważ potrzeba jest, jak wiemy, matką wynalazków, poszperałam, poczytałam, pomyślałam i od paru miesięcy z powodzeniem używam w łazience takich zamienników:1. Kosmetyczna ściereczka z mikrofibry - świetnie myje twarz nawet przy użyciu samej wody, dodatkowo masuje i złuszcza martwy naskórek. Ściereczki mają to jednak do siebie, że trzeba je często wymieniać ze względów higienicznych. W tym przypadku okazało się, że Jan jest Niezbędny nie tylko w kuchni, bo w roli czyścika do twarzy równie dobrze sprawdza się mikrofibrowa ściereczka Jana Niezbędnego, przeznaczona do mycia okien. Ma odpowiednią długość włókien, przyjemną cenę i jest na tyle duża, że możemy ją pociąć na kilka odpowiadających nam wielkością kwadratów.
2. Sonda - przyjemny bajer do nakładania na paznokcie ozdób i malowania kropek. Jednak kiedy przychodzi ochota na biedronkowy manicure, a sondy nie ma jeszcze w naszym posiadaniu, świetnie spisują się w tej roli wsuwki do włosów.
3. Pędzel do nakładania maseczek - obleciałam w poszukiwaniu 4 drogerie i nic. Olśnienia doznałam w sklepie "spożywczo - chemiczno - ogólno - wszystkomającym" i od tamtej pory w tej roli świetnie sprawdza się pędzel znaleziony na dziale plastycznym. Zwyczajny, z syntetycznym i w miarę płasko rozłożonym włosiem. Suszy się błyskawicznie i czyści bardzo dobrze.
4. Szklane patyczki do sporządzania mieszanin - miałam taki, ale z powodu swojego okrągłego przekroju skończył marnie, turlając się za pralkę. Od tej pory do mieszania maseczek z glinek, alg czy błota wykorzystuję drugi koniec szklanego pilnika do paznokci, który ma tę dodatkową zaletę, że nigdzie się nie turla.
5. Pojemniczki na próbki - często wymieniam się z koleżankami odsypkami kosmetyków do testów, ale zdarza się, że kończą mi się wszystkie odpowiednie do tego celu pojemniczki. Ostatnio wykorzystałam słoiczki po nietoksycznych farbach do malowania palcami, porządnie wyszorowane i wyparzone.
Jestem ciekawa, czy Wy macie takie swoje domowe sposoby radzenia sobie bez przeróżnych kosmetycznych akcesoriów? Może podpowiecie, co jeszcze można w taki sposób wykorzystać?
niedziela, 18 grudnia 2011
Niedzielny Kulinarnik Towarzyski, cz. III
Kulinarnik Towarzyski
część trzecia, czyli:
Sałatka Pocieszka
Wyszłam wcześniej z pracy i zadzwoniłam do Artura, że sama odbiorę Piotrusia z przedszkola. Już po przekroczeniu progu gmachu doszłam do wniosku, że nie był to najlepszy pomysł.
Piotruś leciał do mnie zapłakany, plując i parskając.
- Co tu się dzieje? - zmierzyłam wzrokiem przedszkolankę, która z rozwianym włosem biegła za nim.
- Pani Dominiko! - wysapała zdyszana, wyhamowując tuż przede mną - Piotruś pluje jarzynką i mówi brzydkie słowa! - Stanęła przede mną w pozie oskarżyciela, z marsową miną i rękami na biodrach.
Zamarłam. Tyle razy mówiłam, że nie wolno kląć. Tym razem bez kary się nie obejdzie, tydzień bez dobranocki jak nic.
- A co powiedział? - zapytałam ostrożnie, nie będąc pewną, czy chcę usłyszeć odpowiedź.
- Fugas chrustas - wysyczała nauczycielka prosto w moje ucho.
- Co proszę? - aż zgięłam się w pół z rozbawienia, jednocześnie wykrzywiając się do Piotrusia, który schowany za wieszakiem w szatni robił głupie miny.
- Fugas chrustas! - wykrzyknęła tym razem głośniej pani Bożenka, wzbudzając żywe zainteresowanie dwojga innych rodziców, którzy właśnie weszli do przedszkola.
- Paaaani Bożenko - zaczęłam łagodnie, jak do dziecka - to nie jest prawdziwe przekleństwo. Tak krzyczeli dwaj zbóje, Ambaras i Arcykąsek w bajce o Miki - Molu i zaczarowanym kuferku. A w kwestii jarzynki... Mogę zajrzeć na salę?
Oniemiała pani Bożenka przesunęła się nieco. Nad jej ramieniem zerknęłam w głąb sali pięciolatków, w której na oko dziesięcioro dzieci siedziało z nieszczęśliwymi minami nad talerzami, na których oprócz ziemniaków i klopsa spoczywała jakaś mało apetyczna masa.
- To my juz pójdziemy - uśmiechnęłam się konspiracyjnie do Piotrusia - jarzynkę zje w domu bo i tak miałam zamiar robić dzisiaj jakąś sałatkę - skłamałam, trzymając za sobą torbę z chińszczyzną na wynos.
Opuściliśmy przedszkole i w lekkich podskokach skierowaliśmy się w stronę domu.
- Mama, ale ja będę pomagał, dobrze? - upewnił się synek.
- Ale w czym, kochanie?
- W sałatce! Jutro pani Bożence powiem, ze my mieliśmy taką dobrą i ja pomagałem, a jarzynkę może sama jeść, bo ja nie lubię.
Przygryzłam wargi, żeby nie wybuchnąć śmiechem i zastanawiałam się przez chwilę, czy za taką odzywkę zostanę wezwana do przedszkola na dywanik.
- Z czego robimy? - Piotruś pociągnął mnie w stronę warzywniaka. Jakoś głupio było mi się przyznać, ze tak tylko o sałatce palnęłam, bo przecież sama uczę go, że kłamać nie można.
- Ogórka szklarniowego i dwa pomidory poproszę - powiedziałam zrezygnowana, wkraczając do sklepu.
W domu przejęty rolą Piotruś ostrożnie kroił w kostkę obranego ogórka i z przejęciem mielił pieprz. Dodaliśmy pokrojone pomidory, szczyptę soli i łyżkę majonezu. Spróbowałam. No cóż, danie godne mistrza to to nie jest, ale wyszło chociaż jadalne.
W tym momencie zadzwonił telefon. Wyszłam na moment, a kiedy wróciłam, zastałam Piotrusia wsypującego do salaterki zawartość torebki płatków kukurydzianych. Tych zwykłych, niesłodzonych.
- Będzie chrupało! - zwrócił do mnie roześmiane oczy.
Spróbowałam. Chrupało rzeczywiście, bardzo przyjemnie, a smak warzyw i płatków świetnie się uzupełniał. Kurczę, mam w domu potencjalnego geniusza kulinarnego?
- Świetnie, skarbie, należy ci się order Złotej Łyżki - pogratulowałam mu z powagą - to jak nazwiesz swój wynalazek?
- Sałatka Pocieszka - odpowiedział natychmiast - bo jak pani Bożenka znowu będzie krzyczała, ze nie chcę jeść jarzynki, to ją pocieszę, że witaminki zjem w domu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
