środa, 30 listopada 2011

Męskim okiem, czyli recenzja według mojego Męża

A. (Mąż): Może ja bym ci kiedyś jakąś recenzję napisał?
Ja: A proszę bardzo, możesz. To będzie nawet ciekawe, takie męskie spojrzenie.
A.: Ale o czym?
Ja: O czym chcesz
A.: Mógłbym o piance do golenia... (chwila namysłu)... ale przecież ja mam brodę! To mogę opisać perfumy.
Ja: Jakie?
A.: Euphoria, Calvin Klein. Zrecenzowałbym, że pachną.
Ja: Ale że jak pachną? 
A.: Zaje****ie! I na pewno mają w nutach zapachowych bergamotkę, bo lubię to słowo.
Ja: Noo, szalenie obszerna recenzja wyjdzie.
A.: To dopiszę jeszcze, że mydło wszystko umyje, nawet uszy i szyję, tylko trzeba je wprawić w ruch kolisty po ciele.
Ja: Jak już się tak wysiliłeś to może po prostu zapiszę cały dialog?
A.: Zapiszesz? To mogłem więcej nagadać... Ale dobrze mi poszło, nie?

I co? Jak mu poszło? :P

sobota, 26 listopada 2011

Leżę i pachnę, czyli wielofunkcyjne świece sojowe

W Lawendowej Farmie, o której pisałam już kiedyś przy okazji opisywania mydełek domowej roboty, pojawiła się bardzo ciekawa nowość, a mianowicie świece sojowe. Poszczęściło mi się i wygrałam taką świecę w konkursie na blogu Lawendowej Farmy, zanim jeszcze pojawiły się w sprzedaży, zdążyłam więc ją zrobić, obfotografować i przetestować na wszelkie sposoby, jakie przyszły mi do głowy :)
Na początek trochę podstawowych informacji. Wosk sojowy nie ma nic wspólnego z woskiem pszczelim ani tym bardziej parafiną. Jest to utwardzony olej sojowy, dzięki czemu zmywa się bez problemu, świeczki palą się dłużej niż parafinowe i w dodatku rozpuszczony do postaci olejku wosk może być z powodzeniem używany w przeróżnych celach kosmetycznych, o czym za chwilę.
Ponieważ była to wygrana w konkursie, otrzymałam produkt do samodzielnego zrobienia, co mi bardzo odpowiada, bo to naprawdę świetna zabawa, a w dodatku mogłam samia regulować intensywność zapachu i bawić się w dekorowanie takimi dodatkami, jakie mi najbardziej odpowiadają. W skład takiego zestawu wchodzi odpowiednia ilość (70g) wiórków wosku, olejek eteryczny najwyższej jakości (czyli 100% naturalny, który może mieć kontakt ze skórą), aluminiowe pudełko z przezroczystym wieczkiem, woskowany knot i dodatki. Ja robiłam świeczkę o zapachu grejpfruta, z goździkami i płatkami kwiatów (to chyba nagietek). Na stronie Lawendowej Farmy dostępne są świeczki gotowe, ale z tego co mi wiadomo, będzie także możliwość zakupu zestawu takiego jak mój, do samodzielnej produkcji.

1. Tak wyglądają półprodukty potrzebne do stworzenia świecy (wszystkie zdjęcia można powiększyć klikając na nie)


2. Roztapiamy wosk w kąpieli wodnej. Roztapia się bardzo szybko, dodatkowo "pomogłam mu" mieszając trzonkiem drewnianej łyżki.


3. Do roztopionego wosku dodajemy olejek eteryczny i mieszamy. Według instrukcji 40 kropli na 70g wosku, ale przyznam się, że w przypadku zapachów cytrusowych zawsze jest mi za mało, więc dodałam podwójną ilość.


4. Po przelaniu do pojemniczka wosk ma postać żółtawego olejku i trzeba odczekać kilka minut, aż zacznie zastygać.


5. Część dodatków wrzuciłam do zupełnie płynnego wosku, żeby opadły na dno, dzięki czemu w trakcie spalania świeczki ukazują się stopniowo. Resztę zostawiłam do udekorowania wierzchu.


6. Kiedy wosk staje się mętny, a przy brzegach pojemniczka białawy to oznacza, że można już włożyć knot i posypać świecę resztą dodatków.


7. Knot to woskowany sznurek, więc naturalnym jest, że po wetknięciu w świeczkę (do samego dna) i tak przechyla się w którąś stronę. Łatwo to opanować, kładąc na brzegach pojemniczka cokolwiek, co utrzyma knot w pionie. Użyłam w tym celu drewnianej łyżki.


8. Kiedy świeca całkowicie zastygnie i zmieni kolor na biały, wystarczy już tylko przyciąć knot na wysokość 0,5 cm i gotowe. Na czas przechowywania można ją przykrywać przezroczystym wieczkiem. Moim zdaniem to świetne rozwiązanie, bo nie pozwala na ulatnianie się zapachu, a poza tym zmniejsza ryzyko rozlania wosku po używaniu świecy.


Kilka sposobów użycia świec sojowych, które przetestowałam:

A. Zastosowanie typowe, czyli świeczka używana do świecenia ;) Pali się jasnym, równym płomieniem. Zapach jest bardzo delikatny nawet po dodaniu podwójnej porcji olejku eterycznego. Mam wrażenie, że olej sojowy silniej wiąże cząsteczki zapachu niż np. parafina i nie pozwala na ich szybkie i łatwe ulatnianie się. Mi to akurat odpowiada, bo oznacza, że świeczka nie straci szybko swojego zapachu, który pięknie rozwija się za to przy jej zastosowaniach kosmetycznych. 

B. Ochrona suchej skóry. Mam problemy z lewym łokciem, bo czytając coś w internecie lubię opierać brodę na lewej ręce, więc opieram się o biurko na łokciu, co sprawia, że skóra w tym miejscu staje się sucha i szorstka. Posmarowałam się roztopionym woskiem sojowym na noc, a rano byłam bardzo mile zdziwiona. Działa równie dobrze, jak tłuste odżywcze kremy.

C. Olejek do masażu. Jak wspomniałam w punkcie A, zapach świecy staje się wyraźnie wyczuwalny przede wszystkim przy jej zastosowaniu kosmetycznym. W czasie masażu aromat jest niezwykle silny i trwały. Moja skóra ogólnie "lubi się" z cytrusami, ale nawet jak na nią, 4 - 5 godzin trwałości zapachu to świetny wynik. Myślę jednak, że to kwestia indywidualna, bo są zapachy, które nie utrzymują się na mnie nawet pół godziny, a do cytrusów jakoś mam szczęście.

D. "Perfumy w kremie". Zastygający i lekko ciepły wosk można wsmarować np. w skronie, w miejsce nad obojczykami, lub za uszami. To wymaga dużo mniejszej ilości produktu, niż masaż, więc także efekt jest słabiej wyczuwalny, niemniej jednak bardzo przyjemny.

E. Odważyłam się nawet nałożyć łyżkę świeczkowego oleju na włosy, żeby sprawdzić, czy nada im jakieś konkretne właściwości. Zrobiłam to na razie tylko raz, ale jestem zadowolona. Olej sojowy sam w sobie nie jest wybitnie odżywczy, ale po nałożeniu go na suche włosy i zmyciu po dwóch godzinach nie miałam najmniejszych problemów z rozczesaniem ani na mokro, ani na sucho. Włosy są gładkie, sypkie ale nie puszące się i sprawiają wrażenie grubszych.

Kwestia wydajności świeczki zależy oczywiście od tego, na jakie sposoby będziemy jej używać. Moim zdaniem to świetny prezent na zbliżające się święta, na urodziny, Walentynki, śluby i inne okazje. Na stronie Lawendowej Farmy znajdziecie różne warianty zapachowe.

A jako mały bonus wstawiam zdjęcia kolejnej partii mydełek robionych z bazy mydlanej z masłem shea. Tym razem to mydlane babeczki migdałowe z makiem.

piątek, 25 listopada 2011

Tonik z kwasami AHA/BHA 10% z Biochemii Urody

Kiedy mniej więcej trzy miesiące temu byłam u kosmetyczki na oczyszczaniu, zaproponowała mi, żebym za jakiś czas zdecydowała się na serię zabiegów kwasami. Miały one wyrównać koloryt cery, zlikwidować przebarwienia i blizny potrądzikowe. Ponieważ niestety nie sypiam na kasie (ale nadal się łudzę, że to się kiedyś zmieni :P ), pomyślałam, że wypróbuję jeden z najbardziej polecanych w sieci produktów z kwasami do użytku domowego.
Tonik z kwasami 10% z Biochemii Urody ma opinię jednego z najsilniejszych i najlepszych produktów złuszczających dla początkujących. Kosmetyki tej firmy mają to do siebie, że docierają do nas jako zestaw odmierzonych składników, które trzeba połączyć w odpowiedni sposób, żeby otrzymać gotowy produkt. Tonik składa się z:
- hydrolatu lawendowego, który jest bazą i jednocześnie ma działać antybakteryjnie i łagodząco
- ekstraktu z rozmarynu, wzmacniającego właściwości hydrolatu
- emulgatora, który pozwala na połączenie się wszystkich pozostałych składników
- glikolu propylenowego, zapobiegającego wysuszaniu skóry
oraz, przede wszystkim z kwasów - mlekowego i salicylowego, które są (lub powinny być) odpowiedzialne za działanie złuszczające. Do nadesłanych składników należy dokupić także spirytus, który jest konieczny dla całkowitego rozpuszczenia kwasu salicylowego i przedłuża trwałość toniku.

Przy mieszaniu tego wszystkiego bawiłam się świetnie, czując się trochę jak wiedźma albo alchemik? Niezbędne "przydasie" takie jak miarki czy mieszadełka także były dołączone do zestawu. I na tym jednym punkcie kończą się dla mnie zalety produktu.
Po pierwsze, na przesyłkę czekałam prawie miesiąc. Owszem, sklep na swojej stronie uprzedza, że mają długie terminy realizacji ale to i tak śmiech na sali, bo np. przesyłki z Korei dochodzą do mnie w czasie trzykrotnie krótszym.
Po drugie, ponieważ tonik miał być produktem silnie działającym, zaopatrzyłam się także w krem do twarzy z filtrami, a do makijażu w czasie miesięcznej kuracji tonikiem używałam kremów BB, które także zawierają filtry. Takie środki ostrożności podejmuje się dlatego, żeby zminimalizować ryzyko pojawienia się przebarwień słonecznych powstających przy łuszczeniu się skóry i nierównomiernym opalaniu. W moim przypadku okazało się to zupełnie zbędne, bo:
Po trzecie - tonik nie działa ani trochę. Nic, nul, zero, niente. Początkowo miałam zamiar używać go dwa razy w tygodniu, ale już po kilku dniach zwiększyłam częstotliwość i stosowałam go codziennie wieczorem. Poza smrodem spirytusu i lekkim szczypaniem w czasie aplikacji nie zaobserwowałam niczego. Żadnego łuszczenia, rozjaśnienia, wygładzenia i zaczynam podejrzewać, że albo to jednak bubel, albo ja mam wyjątkowo odporną skórę.
Na pocieszenie dla samej siebie mogę dodać tylko, że po dwóch ostatnich niewypałach, jakimi były derma roller i ten tonik, w końcu trafiłam na coś, co naprawdę działa i kolejnej, pozytywnej recenzji możecie się spodziewać za kilka dni. Jesteście ciekawe, co to będzie? :)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Lioele Cranberry Vita Shake - żurawinowa maseczka żelowa

Być może niektóre z Was zdążyły zauważyć, że mam fioła na punkcie kosmetyków azjatyckich, a przede wszystkim koreańskich. Wciągnęłam się w wizażowe wspólne zakupy, potem doszedł eBay i mogę powiedzieć jedno - jeśli kochacie swój portfel i oszczędności, omijajcie wizażowe wątki rozbiórkowe szerokim łukiem. Jeśli natomiast uwielbiacie testowanie nowinek i wydawanie pieniędzy na przyjemności, to zadomowicie się tam na pewno :)
Dzisiaj wykorzystałam ostatnią porcję maseczki żelowej Lioele Vita Shake - miałam  żurawinową, ale są też wersje z kiwi, papają, cytryną, jagodami oraz z jabłkiem i mango. Kosmetyk sprzedawany jest w opakowaniach zbiorczych - walcowatych plastikowych pudełkach, w których jest 20 saszetek, po 5 ml każda. Jedna saszetka wystarcza na dwa, czasem nawet trzy użycia, jeśli nakłada się maseczkę cienką warstwą. Dzisiaj nałożyłam całą zawartość, bo moja skóra w sezonie grzewczym ma skłonność do przesuszania się i pije wszystkie maski i kremy jak gąbka.
Produkt ma postać grudkowatego żelu. Kojarzy mi się z galaretką, która została bardzo drobno zmiksowana. Zapach jest nieco chemiczny ale przyjemny, przypomina owocowy syrop dla dzieci. Na mojej twarzy ten "witaminowy szejk" wchłania się niemal całkowicie i odczuwam natychmiastowe nawilżenie, ale niektóre dziewczyny skarżą się, że u nich ta maska działa odwrotnie, wręcz wysuszająco - to już raczej kwestia indywidualna.
Producent obiecuje rozjaśnianie przebarwień i wyrównanie kolorytu cery. Nie zauważyłam żadnych spektakularnych efektów, ale muszę przyznać, że po zmyciu maski cera jest trochę bardziej rozjaśniona i wyglądam na wypoczętą, nawet po całym dniu pracy i siedzenia przy komputerze. Ogólnie bardzo lubię tę maseczkę za stopień nawilżania i "relaksowania" skóry i mam wielką ochotę wypróbować inne jej wersje. Może miałyście już do czynienia z tymi saszetkami i możecie mi którąś polecić?

niedziela, 20 listopada 2011

Wielowątkowo - paznokciowo

Niedawno poszczęściło mi się i wygrałam konkurs ma blogu Agowe Petitki. Nagrodami były preparaty i lakier firmy Pierre Arthes, producenta lakierów bezpiecznych dla alergików, bez formaldehydu i toluenu. Kolor lakieru mogłam wybrać sama, spośród trzech pochodzących z nowej, jesiennej kolekcji firmy, co mi bardzo odpowiadało :)
Wybrałam odcień J01 i kiedy próbuję opisać ten kolor słowami, uparcie nasuwa mi się określenie "dyniowy". Jest to stosunkowo jasna barwa pomarańczowo - brązowa, z małą domieszką beżu. Lakier nie zawiera drobinek, ma kremowe wykończenie, ale mimo to jego kolor w każdym świetle prezentuje się zupełnie inaczej, co mi bardzo odpowiada - lubię różnorodność. Krycie jest średnie - po dwóch warstwach delikatnie prześwitują białe końcówki paznokci, ale ponieważ ostatnio i tak moim ukochanym sposobem na manicure są przeróżne wzorki, nie przeszkadza mi to. 
Trwałość również jest średnia - pracuję przy komputerze, a od stukania w klawisze już po jednym dniu lakier leciutko ściera się na końcach. Pierwszy odprysk lakieru pojawił się po niecałych trzech dniach, ale były to trzy dni intensywnego prania, sprzątania, zabaw z dzieckiem itd., więc to i tak dobry wynik. A nawet gdybym ten fakt uznała za wadę lakieru, to produkt ten ma gigantyczną zaletę, zdolną zniwelować wszystkie wady.

Nakłada się po prostu fantastycznie! Konsystencja jest dosyć gęsta i kremowa i po nałożeniu dwóch warstw pędzelek zostawiał wyraźne smugi, które jednak same "rozpłynęły się", wyrównując kolor i fakturę. Nigdy jeszcze nie miałam lakieru, który sam poprawia moje błędy :) Poza tym odkryłam jeszcze jedną dosyć zaskakującą właściwość mojego "dyniaka" - znacie to uczucie, kiedy zahaczacie o coś mokrym paznokciem i lakier rysuje się albo roluje? Nie byłabym sobą, gdybym nie spaprała czegoś przy każdym malowaniu. Tym razem obyło się bez zmywania lakieru i nakładania go na nowo. Wystarczyło wygładzić schnący lakier opuszkami palców, żeby po brzydkim zrolowaniu niemal nie było śladu.

Oczywiście tym razem także skusiłam się na dodanie wzorków, ale zdecydowałam się na bardzo jasne, delikatne kropki, żeby nie tłumić dyniowej barwy, która bardzo przypadła mi do gustu.

Jeśli jeszcze Was nie zamęczyłam to króciutko przedstawię Wam dwa pozostałe produkty, które dotarły do mnie w paczce, a są to:


1. preparat wzmacniający z krzemionką i proteinami jedwabiu - ogólnie nie narzekam na stan moich paznokci, ale zawsze mogę wzmocnić je jeszcze bardziej :) poza tym ta odżywka zostawia na paznokciach przyjemny połysk i moim zdaniem może zastąpić bazę pod lakier, albo lakier bezbarwny.
2. olejek odżywczy do skórek i paznokci, z witaminami A i E, zawierający olejek ze słodkich migdałów - pachnie ślicznie, nakłada się bardzo dobrze i nie spływa z paznokci. Mam bardzo przesuszone skórki, ale już po dwóch aplikacjach widzę poprawę, bo stały się nieco bardziej miękkie i wygładzone.


Na (prawie) koniec jeszcze moja baza i utrwalacz 2 w 1, czyli Maximum Growth od Sally Hansen. Sprawdza się świetnie zarówno pod, jak i na lakier, ale do szału doprowadza mnie jej pędzelek, który nawet w całkowicie zakręconej buteleczce nie sięga jej dna i aplikacja staje się coraz trudniejsza. Poza tym kolor też jest jej zupełnie niepotrzebny, bo może przekłamywać barwy bardzo jasnych lakierów. Może znacie inny produkt 2 w 1, który możecie mi polecić?


I na (całkiem) koniec - mówiłam, że lubię wzorki? :) Ostatnio jakoś "bierze mnie" na kropki. Nie mam sondy, więc wykorzystuję wykałaczkę, a te biedronki to moja pierwsza kropkowa próba.
To chyba najbardziej rzucające się w oczy i najodważniejsze kolorystycznie połączenie, jakie kiedykolwiek miałam na paznokciach. I pierwszy manicure, na który wszyscy już z daleka zwracali uwagę :)