czwartek, 8 grudnia 2011

Zrobiona na szaro - Ziaja, maska oczyszczająca

Kocham glinki w każdej postaci - zarówno gotowe maski jak i te do samodzielnego rozrobienia z wodą lub hydrolatem. To znaczy, przepraszam, kochałam do czasu wypróbowania maseczki z szarą glinką firmy Ziaja. Według producenta dzięki zawartości glinki, siarki, magnezu, wapnia, manganu i innych dobrodziejstw, maseczka ta normalizuje pracę gruczołów łojowych, zwęża rozszerzone pory, oczyszcza skórę i łagodzi podrażnienia.
Wszystko fajnie, dopóki nie otworzy się opakowania.
fot. www.ziaja-sklep.pl
Kocham maseczki i zazwyczaj staram się w pierwszej kolejności brać pod uwagę mocne strony produktów, ale niestety, w tym przypadku nie znalazłam ani jednej zalety. No, może poza taką, że saszetka starcza na 2 - 3 użycia, więc jest dosyć wydajna.
Klasyczne glinki zwykle są gęste, mają "tępą" konsystencję i zastygają na twarzy w skorupkę, jeśli nie spryskuje się ich hydrolatem lub wodą. Ta maska ma postać średniej gęstości kremu, w dodatku tłustego. Nie zastyga, maże się jednakowo cały czas i kiepsko się zmywa, zostawiając tłustawy film. Zapach jest całkiem przyjemny, "kosmetyczny", chociaż moim zdaniem zbędny. Glinka to glinka, im mniej w niej dodatków, tym lepiej.
Za pierwszym razem po nałożeniu maski doczekałam się wysypu "niespodzianek". Zrzuciłam winę na dzień cyklu, czekoladowe obżarstwo, fazę księżyca i na co tylko się dało, ale niestety - drugie i trzecie użycie kosmetyku z tym samym skutkiem nie pozostawia mi złudzeń. To produkt zupełnie nie dla mnie. A szkoda, bo zawsze lubiłam tę firmę. Jestem ciekawa, czy miałyście do czynienia z tą albo innymi maseczkami z tej serii i co o nich myślicie?

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Hallo, to holo! :)

Niedawno poszczęściło mi się i wygrałam holo - niespodziankę na blogu Pierniczkowej  :) (nawiasem mówiąc zachęcam do czytania jej bloga, bo seria postów eBayowych Pierniczkowej to coś, na co zawsze niecierpliwie czekam). W przesyłce znalazłam trzy lakiery Eveline Holografic Shine i próbki, z których jabłuszko już wykorzystałam bo znam je i bardzo lubię, a reszta czeka na swoją kolej.






Poczekałam z recenzją parę dni, żeby móc napisać, jak sprawują się moi nowi koledzy. To pierwsze holo z jakimi miałam do czynienia ale z pewnością nie ostatnie. Mam wielką ochotę na zakup większej ilości lakierów z tej konkretnie serii, bo mają, jak się okazuje, same plusy. Buteleczki są niewielkie (4,5ml), więc nie ma obaw, że kolor zdąży się nam znudzić, zanim się skończy. Pędzelek jest stosunkowo twardy. Wcześniej byłam przyzwyczajona do takich, które mocniej dociśnięte rozpłaszczają się niemal na cały paznokieć. W tym przypadku to się nie udaje, ale łatwo można się przyzwyczaić do aplikacji, bo pędzelek jest precyzyjny, a lakier ma fajną konsystencję. Jest stosunkowo rzadki, dzięki czemu nie zostawia smug tylko "rozpływa się" po paznokciach, ale jednocześnie nie zalewa skórek. Krycie przy dwóch warstwach jest bardzo dobre, białe końce paznokci nie prześwitują przy żadnym świetle ani oglądane pod różnymi kątami. Lakier ze zdjęcia ma numer 413 i to chyba będzie mój faworyt spośród całej trójki - uwielbiam fiolety, a ten jest świetny. W cieniu stonowany, jak nie do końca dojrzała węgierka, a w świetle mieni się różem, złotem i drobinkami innych kolorów. Na bazie  końcówki starły się odrobinę po dwóch dniach ale prawie tego nie widać. Same zobaczcie, na zdjęciu jest właśnie lakier dwudniowy. Pierwszy odprysk pojawił się po czterech dniach ale to ewidentnie moja wina - jak się nie umie odklejać końcówki taśmy klejącej po dwudziestej próbie to trzeba stanowczo dać sobie spokój, a nie skubać bez końca ;)

niedziela, 4 grudnia 2011

Kulinarnik Towarzyski, cz. I


Zauważyłam niedawno, że dużym zainteresowaniem na niektórych blogach kosmetycznych cieszą się posty dotyczące zupełnie innych tematów. Ot tak, jako przerywnik. I, krótko mówiąc, postanowiłam bezczelnie odgapić pomysł ;) Lubię pisać i swego czasu powstało kilkanaście części "Kulinarnika Towarzyskiego" czyli przepisów w formie krótkich opowiadań. Jeśli pomysł się przyjmie, będę je wrzucać co tydzień, a jeśli uznacie, że to nie ma sensu to dajcie znać, przestanę :)

Kulinarnik Towarzyski
część pierwsza, czyli:
Wołowina curry w chlebkach pita


- No przecież mówię, że już idę! – wrzasnęła Anka przez drzwi, do których dobijałam się dobre pięć minut – Głucha jesteś? Mówiłam, że otwieram – burknęła, wpuszczając mnie do przedpokoju.
- Sama jesteś głucha, można się włamać i wynieść pół mieszkania, a ty nic – prychnęłam, stawiając parasol w kącie – Zmarzłam, zmokłam, idę prosto z roboty, mam zły humor i jestem głodna – przyznałam się z rozbrajającą szczerością.
- Głodnych nakarmić, taaaa jest! – zasalutowała, trzepiąc wszędzie mąką.
- Uważaj! Nie na żakiet, paskudo! Co ty właściwie robisz poza bajzlem, co?
- Pity piekę.
- Mnie zawsze uczyli, że PITy się wypełnia, ale jak tam sobie chcesz... – Z powątpiewaniem zajrzałam przez jej ramię do kuchni.
Anka teatralnym gestem osłoniła oczy.
- Święci pańscy, zlitujcie się nad tą nieszczęsną, bo bredzi, pewnie z głodu. Siadaj! – wskazała mi krzesło i zabrała się za mieszanie czegoś w misce.
- Co to właściwie jest? – spytałam z powątpiewaniem, patrząc na mało apetyczną breję.
- Ciasto na pity, przecież mówię - wzruszyła ramionami, posypując stolnicę mąką i wygarniając na nią tajemniczą masę.
- Dobra, poproszę łopatologicznie. Wiesz, że ze mnie całkowite beztalencie kulinarne – popatrzyłam na nią smętnie. Anka od zawsze była moim autorytetem kuchennym. Nawet w piaskownicy jej zupki z piasku i kamyków wyglądały apetyczniej, niż moje.
- Kartkę masz? Nie? Tam leżą, na lodówce. I długopis weź. No, szybciej. Pisz: trzy szklanki mąki, trzy czwarte szklanki ciepłej, ale nie gorącej wody, trzy czwarte kostki drożdży, łyżeczka cukru, szczypta soli i cztery łyżki oleju. Drożdże rozpuścić w wodzie z cukrem, wlać je do miski, dodać sól, mąkę i olej, wymieszać i wyrobić porządnie na stolnicy. Jak się lepi do rąk, podsypywać mąką aż będzie gładkie i elastyczne. Odstawić na pół godziny aż wyrośnie, podzielić na cztery części, spłaszczyć na placki o grubości niecałych dwóch centymetrów i piec dziesięć minut w temperaturze dwieście stopni. Zapisałaś?
- Buła, jak buła – wzruszyłam ramionami – i co z tego ma być, jakieś kanapki?
- Coś ty, akurat chciałoby mi się tak bawić, żeby zjeść kanapkę – Anka popukała się w czoło umączonym palcem – otwórz lodówkę i zdejmij garnek z górnej półki.
- Co to? – zajrzałam ostrożnie pod pokrywkę
- Wołowina curry! – uśmiechnęła się z dumą – Zobaczysz, Karol wróci za pół godziny i będzie się tym zachwycał, jak zawsze zresztą. To jego ulubiona potrawa.
- A to żółte to co?
- Zależy które – uśmiechnęła się krzywo – masz tam poza mięsem jakiś inny kolor?
- No dobra, to po kolei – zadysponowałam, sięgając ponownie po długopis.
- To łatwizna – Anka wyłożyła zawartość garnka na patelnię z rozgrzanym olejem – Bierzesz pół kilo ładnej wołowiny. Jak nie masz, może być łopatka wieprzowa. Kroisz w małe słupki, do tego dodajesz pół szklanki keczupu, ćwierć szklanki soku z ananasa, całą puszkę ananasa krojonego w kostkę, jedną albo dwie papryki, też pokrojone w kostkę, cebulę w piórka, trzy łyżki oleju, sól, pieprz i najważniejsze, dużą łychę curry. To się musi co najmniej pół godziny przegryźć, akurat wtedy jest czas na pieczenie chlebków.
- A potem?
- Potem normalnie, smażysz, aż większość sosu odparuje, napychasz tym chlebki i polewasz sosem jogurtowym albo czosnkowym.
- Wydaje się proste – przyznałam – a czemu pichcisz to akurat dzisiaj? Karol ma urodziny czy coś w tym guście?
- Nieee... Tylko nasi znowu grają dzisiaj mecz. I jeśli znowu przegrają, to tylko ta wołowina może poprawić Karolowi humor.
Anka wyszczerzyła do mnie radośnie zęby i wróciła do mieszania mięsa na patelni. Zapach rozchodził się wspaniały i wtedy dopiero poczułam, jak bardzo jestem głodna...

sobota, 3 grudnia 2011

Magiczny biały proszek

Jest taki biały proszek, którego szczypta może Was uszczęśliwić. Wystarczy wiedzieć, jak i przy pomocy czego można go zaaplikować...
Nie, to nie to, o czym myślicie :)
Przedstawiam mojego bohatera miesiąca, tam tara ram tam taaam:


Korund kosmetyczny (in. tlenek glinu), bo o nim mowa, ma postać bardzo drobnego białego proszku. Można nawet powiedzieć, że pyłu. Używa się go do mikrodermabrazji (złuszczania warstw naskórka) w gabinetach kosmetycznych, ale z powodzeniem może być używany także w domu, jako chyba najostrzejszy peeling dostępny na rynku. Dzięki temu, że to produkt jednoskładnikowy, nie uczula. Nie zawiera żadnych barwników, wspomagaczy, sztuczności - to po prostu czysty, zmielony minerał. Jest śnieżnobiały i pięknie wygląda w ostrym świetle, bo mieni się iskierkami jak śnieg. Niestety nie udało mi się uchwycić tego efektu na zdjęciach. Mój korund zamawiałam na Allegro, ale jest dostępny także na stronie JS Beaute (KLIK). Firma prowadziła sprzedaż na Allegro pod nickiem lafemme30, a aktualnie pod nową nazwą użytkownika, hurtownia30. Nie miałam okazji testować korundu innych producentów, a za ten ręczę własną... twarzą :) Według producenta mikrodermabrazja korundowa korzystnie wpływa na cerę, pomaga likwidować trądzik, reguluje wydzielanie łoju, rozjaśnia blizny, usuwa rozstępy, odmładza i uelastycznia skórę, zwiększa skuteczność substancji aktywnych zawartych w kosmetykach i ma tak naprawdę same zalety. Przeciwwskazaniami dla stosowania tej metody są wszelkie zakażenia (bakteryjne, wirusowe, grzybicze), trądzik ropny, trądzik różowaty i uszkodzenia skóry. Nie należy też stosować korundu na skórę powiek ale to chyba oczywiste - nie znam nikogo, kto stosowałby peeling w takim miejscu.
A co w przypadku domowego zastosowania korundu? Obietnice brzmią równie obiecująco. Mianowicie możemy się pozbyć zmian skórnych wywołanych np. trądzikiem, doczekać się rozjaśnienia przebarwień, wygładzenia skóry i blizn, spłycenia zmarszczek i rozstępów, oczyszczenia porów i ogólnie mówiąc, odnowienia i regeneracji skóry. Brzmi kusząco, prawda? A wiecie, co jest najlepsze? Po pierwsze - cena i wydajność produktu. 100g korundu kosztuje nieco ponad 5zł, a wystarcza na naprawdę bardzo długi czas. A po drugie,  to, co obiecuje producent, to święta prawda! 

Stosowałam do tej pory wiele różnych środków mających na celu rozjaśnienie przebarwień potrądzikowych i owszem, niektóre działały całkiem dobrze i znacząco rozjaśniały w tych miejscach skórę, ale nigdy wcześniej żaden nie zlikwidował przebarwień całkowicie. A tu proszę, czary mary, dwa - trzy tygodnie, abrakadabra i co? I pa-pa, korektorom :) Zabieg w gabinetach kosmetycznych wykonuje się w dosyć dużym, bo 2 -3 tygodniowym odstępie czasu, ale ponieważ korund w zastosowaniu domowym jest delikatniejszy, "poszłam po całości" i używam go co drugi dzień. Mieszam proszek z żelem hialuronowym (łyżeczkę proszku na pięć łyżeczek żelu), bo wtedy jego działanie jest w miarę delikatne - delikatne jak na korund, bo nadal to siny "ścierak". Można wykorzystać także lekki krem, olejek lub żel do mycia twarzy albo balsam, bo korund można stosować do peelingu całego ciała. Raz na tydzień mieszam go z samą wodą w ramach intensywniejszej terapii. Wtedy przypomina w dotyku bardzo drobny papier ścierny.
Mieszanina korundowo - żelowa jest bardzo wydajna, wystarczy pół małej łyżeczki, żeby dokładnie wymasować nią całą twarz. Po mniej więcej minucie lub dwóch takiego masażu zmywam korund ciepłą wodą, a potem nakładam maskę nawilżającą lub krem, które po takim peelingu działają o wiele lepiej. Najbardziej zaskakujące było dla mnie to, że spodziewałam się najpierw wygładzenia skóry, a dopiero w dalekiej, dalekiej przyszłości ewentualnego rozjaśnienia przebarwień, a stało się odwrotnie. Plamy zaczęły znikać praktycznie po trzech zastosowaniach, a skóra dopiero teraz staje się stopniowo coraz gładsza. Nie znaczy to, że narzekam - absolutnie nie, bo właśnie rozjaśnienie było moim wymarzonym efektem, a gładkość traktuję jako miły bonus. Poza tym dzięki korundowi powrócił do łask jeden z moich BB kremów, Bavipath Magic Girl. Nie pisałam o nim wcześniej bo uważałam go za zakupową wtopę ale okazuje się, że na skórze potraktowanej korundem spisuje się bardzo dobrze, więc możecie się spodziewać za jakiś czas notki na jego temat.






czwartek, 1 grudnia 2011

WYNIKI przedmikołajkowego rozdania

Jak obiecałam, zrobiłam losowanie jak najszybciej, a jeśli Osoba wygrywająca wyśle mi szybko swój adres (na nr4@o2.pl) to przesyłka może polecieć jeszcze dzisiaj :) Wszystko jest już zapakowane i czeka na nową właścicielkę, którą jest...
Gratulacje :)