poniedziałek, 30 stycznia 2012

Buyincoins i paletka do konturowania

Jakiś czas temu pisałam o zakupach w Hongkongu. Jestem mile zaskoczona, bo paletka pudrów do konturowania twarzy dotarła po dwóch tygodniach, co jak na Hongkong jest wręcz niesamowitym wynikiem. Kupiłam ją w sklepie Byincoins, i mogę go z czystym sumieniem polecić. Darmowa wysyłka, świetne ceny i pancerne opakowanie, które zobaczycie poniżej. Niestety strona sklepu często nie działa - przypuszczam, że to dlatego, że bardzo wiele osób robi tam zakupy i po prostu nie wytrzymuje oblężenia (naprawdę, a nie jak strony naszego rządu i premiera kilka dni temu ;) ). Warto jednak się zawziąć i próbować wejść na stronę do skutku - osobiście jestem bardzo zadowolona.
Przesyłka została zapakowana tak, że wybałuszałam oczy. Nigdy żaden polski sprzedawca tak się nie postarał - zresztą, zobaczcie same.

Najpierw mamy foliową "kopertę" z odpowiednim znaczkiem ostrzegawczym.


W środku kieszonka z folii bąbelkowej,


a w kieszonce dwie warstwy styropianu.


Po zdjęciu styropianu widzimy kolejną kieszonkę z bąbelków, 


a w niej proste, czarne pudełko z pudrami. A co w środku pudełka? Nie zgadniecie ;) Kolejny kawałek bąbelków i dodatkowo sztywna, gruba folia, zabezpieczająca pudry przed porysowaniem.


Pudry są matowe, dosyć miękkie - łatwo nabrać je na pędzel i dowolnie rozetrzeć. Oczywiście można mieszać ze sobą kolory, co jest dodatkowym plusem. Skład także jest bardzo przyjemny: Talcum Powder, Kaolin, Mica Powder, Magnesium Stearate, Titanium White Powder,Colorant and Pearl Lustre Pigment. Średnica każdego krążka to 6cm z małym hakiem, są więc całkiem spore.


Tak wyglądają nakładane cienką warstwą bez rozcierania.


A tu moja próba konturowania. Uprzejmie proszę o nieprzerażanie się :) Fryzura pozostawia wiele do życzenia, bo odgarnęłam włosy, żeby odkryć "podkolorowane" czoło - poza tym ostatnio zapuszczam włosy i moja ex-grzywka robi, co chce. Na żywo różnica jest jeszcze bardziej widoczna, ale wydaje mi się, że nawet na zdjęciach nieźle ją widać. Skóra nabiera zdrowszej kolorystyki, a jednocześnie pudry nie dają efektu rosyjskiej matrioszki. Użyłam pierwszego z dolnego rzędu jako rozświetlacza, drugiego dolnego zamiast różu, a trzeciego z góry jako bronzera. Taka paletka to bardzo miła alternatywa dla wszystkich pojedynczych kosmetyków do konturowania, bo w niskiej cenie (zapłaciłam 32zł) dostajemy naprawdę dobry produkt. A może któraś z Was robiła już zakupy w tym sklepie i chce się podzielić wrażeniami?



środa, 25 stycznia 2012

Bonder Orly - baza pod lakier

Od kilku miesięcy tak przyzwyczaiłam się do malowania paznokci lakierami w wyrazistych barwach, że bardzo rzadko używam moich ulubionych kiedyś beżów i róży. Kolorowe paznokcie pozwalają na podkreślenie charakteru stroju, stanowią coś w rodzaju detalu, szczegółu, zamykającego całość. Kolory poprawiają humor i lubię mieć przy sobie coś, na co mogę zerknąć kiedy za oknem znowu zaczyna się pośniegowa plucha. Niestety, kolorowe lakiery mają też wady - po pierwsze każdy odprysk czy wytarcie lakieru tym bardziej rzuca się w oczy, im bardziej intensywnej barwy użyjemy. A po drugie niestety często strasznie farbują i zażółcają płytkę paznokcia. Dlatego nie wyobrażam sobie manicure bez bazy pod lakier. Moja poprzednia faworytka, Sally Hansen, jest już na wykończeniu, dlatego z entuzjazmem rozpoczęłam testy preparatu Bonder firmy Orly, udostępnionego mi przez portal Uroda i Zdrowie. 
Produkt zamknięty jest w smukłej buteleczce z matowego szkła. Na zakrętce możecie zauważyć kropeczki - wgłębienia. Taka faktura i zwężenie pośrodku zakrętki sprawiają, że bardzo wygodnie trzyma się ją podczas malowania. Pędzelek jest wyjątkowo długi. Początkowo myślałam, że będzie to utrudniało aplikację, ale okazuje się, że operuje się nim bardzo wygodnie i szybko (może nawet ZA szybko, o czym za chwilę). Dzięki swojej długości pędzelek sięga aż do dna zakręconej buteleczki. Jest to dla mnie bardzo ważne, bo w mojej poprzednio używanej bazie odległość między końcem aplikatora a dnem buteleczki wynosiła około 0,5 cm, co bardzo utrudniało wykorzystanie produktu do końca. Myślę, że w przypadku Bondera nie będzie takiego problemu, ale nieprędko się o tym przekonam, bo zapowiada się on na bardzo wydajnego zawodnika :) Po dwukrotnym pomalowaniu wszystkich paznokci nie zauważyłam żadnego ubytku w butelce.
Jak już mówiłam, aplikacja jest bardzo wygodna, ale przekonałam się, że lepiej nakładać preparat w miarę powoli. Kiedy manewrowałam pędzelkiem za szybko, przy wysychaniu pojawiały się małe pęcherzyki powietrza. Przy wolniejszym nakładaniu nic takiego się nie dzieje. Bonder pokrywa płytkę bardzo równomiernie, nie rozlewa się na skórki i co najważniejsze - nie śmierdzi! Owszem, ma taki lakieropodobny zapaszek, ale na tyle delikatny, że musiałabym wsadzić nos w butelkę, żeby odczuć jakiś większy dyskomfort. Schnie całkiem szybko, chociaż można początkowo mieć inne wrażenie, bo po zaschnięciu tworzy coś w rodzaju gumowanej powłoczki. Nie jest ona w dotyku idealnie gładka, a paznokcie wyglądają jak posmarowane olejkiem. Taka forma produktu ma zapewnić lepsze przyleganie lakieru i rzeczywiście tak się dzieje. Pomalowałam paznokcie jednym z moich absolutnie najmniej ulubionych lakierów i Bonder rzeczywiście przedłużył jego trwałość i to dwukrotnie! Zazwyczaj po trzech dniach pojawiały się odpryski, tym razem zauważyłam tylko wytarcie lakieru na końcówkach paznokci po sześciu dniach. Przede wszystkim jednak preparat Orly nie dopuścił do zafarbowania płytki paznokci, co zawsze miało miejsce w przypadku używania przeze mnie tego konkretnego lakieru. Jestem bardzo zadowolona i idę sobie zrobić nowy manicure, oczywiście zaczynając od bazy :)
Bonder można kupić na stronie www.orlybeauty.pl

wtorek, 24 stycznia 2012

Blogbox, czyli blogerska inicjatywa pudełkowa

Blogowo - kosmetyczny świat oszalał na punkcie pudełek niespodzianek, czyli tak zwanych boxów. Blogerki spoza granic Polski mogą wybierać między kilkoma rodzajami pudełek, natomiast u nas pojawił się do tej pory tylko Kissbox - inicjatywa ciekawa, bo za opłatę w wysokości 25zł dostajemy pudełko zawierające pełnowymiarowe kosmetyki i próbki kosmetyków do testów. Wszystko pięknie, tylko realizacja trochę kuleje. Nie zamawiałam Kissboxów, ale z relacji kilku blogerek wiem, że zawartość pierwszego była niespecjalnie atrakcyjna. Przy drugim były problemy z zapisaniem się, a teraz już któryś raz przesuwany jest termin zapisów na trzecie pudełko.
Dlatego blogerki znużone czekaniem na rozwój sytuacji postanowiły wziąć sprawę w swoje ręce i tak powstał projekt Blogboxa :) Blogbox ma zawierać 3 pełnowymiarowe kosmetyki i dwie próbki, zamykać się w kwocie 40 zł i nie ma ilościowych ograniczeń - dostanie go każda osoba posiadająca bloga, która zechce włączyć się do zabawy, ponieważ każda z osób biorących udział w zabawie samodzielnie stworzy paczkę dla osoby wskazanej przez organizatorki i sama zostanie komuś wskazana. Więcej informacji znajdziecie na blogu Obsession, głównej organizatorki projektu. Bierzecie udział?

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Maski algowe typu peel - off

Jakiś czas temu opisywałam działanie korundu kosmetycznego. Ponieważ zdania nie zmieniłam i od tamtej pory jest to mój zdecydowany faworyt spośród wszystkich moich kosmetyków, miałam wielką ochotę przetestować inne produkty firmy JS Beaute i sprawdzić, czy zachwycą mnie równie mocno. Mój wybór padł na francuską glinkę zieloną, maseczki algowe typu peel off - rozjaśniającą, ujędrniającą, z alg różowych z acerolą i witaminą C oraz algi pod oczy.
Glinkę zieloną pewnie każda z Was zna i wiem, że większość bardzo sobie chwali jej działanie. Nie jestem tu wyjątkiem Uwielbiam jej właściwości tonizująco - matujące, efekt odświeżenia i rozświetlenia cery, a przede wszystkim zdolność do zmniejszania porów. Glinka ta ma postać bardzo drobnego proszku, dobrze i szybko się miesza i jestem z niej bardzo zadowolona.
Chciałabym się jednak skupić na opisaniu masek algowych, z którymi miałam do czynienia po raz pierwszy. Maskę otrzymujemy w postaci proszku przypominającego wyglądem glinkę, jednak bardzo odmiennego pod względem sposobu stosowania.

Łyżeczkę lub dwie wsypujemy do szklanego lub plastikowego naczynia. Im grubszą warstwę maski nałożymy na twarz, tym łatwiej będzie ją po zastygnięciu zdjąć.


 Dodajemy po trosze wody. Najlepsza będzie ostudzona przegotowana kranówka. Nigdy nie używa się do alg wody mineralnej, ponieważ jest ona już na tyle nasycona składnikami mineralnymi, że może utrudnić działanie alg, przez hamowanie wydzielania się składników zawartych w masce.


Po wymieszaniu maseczka powinna mieć konsystencję gęstego ciasta naleśnikowego.


Po nałożeniu na skórę maseczka przez jakiś czas ma formę żelu, jest wilgotna i błyszcząca.


Po 10 - 15 minutach maska wysycha i tężeje coraz bardziej, zmieniając konsystencję na "gumową". Można to poznać po tym, że staje się bardziej matowa, a w miejscach, gdzie nałożymy zbyt cienką warstwę, jaśnieje i zaczyna się kruszyć jak glinka.


Wtedy powoli zdejmujemy maskę. Przyznam się, że nigdy nie udało mi się ściągnąć jej idealnie, w jednym kawałku, ale to kwestia mojej oszczędności :) Niezależnie od ilości nakładanego produktu ma on takie samo działanie, różni się tylko stopniem trudności w zdejmowaniu. Resztki maski można bez problemu zmyć z twarzy wodą, ewentualnie wspomagając się wacikiem kosmetycznym.


Wszystkie trzy maski stosuję z jednakowym upodobaniem:
- ujędrniająca (zielona) - rzeczywiście najbardziej napina skórę i jest moją faworytką, kiedy w perspektywie mam jakieś wyjście i chcę, żeby makijaż wyglądał idealnie
- rozjaśniająca (biała) - nie zauważyłam działania rozjaśniającego, ale nie mam piegów, a na przebarwienia stale używam korundu, niemniej jednak lubię ją za efekt łagodzenia podrażnień i za relaksowanie cery
- z acerolą i witaminą C (różowa) - jej ubywa mi najszybciej, ponieważ jest łagodna, dobra do częstego stosowania, a przy tym świetnie odświeża cerę i sprawia, że przestaję wyglądać na zmęczoną. Przypisuję ten efekt zawartości witaminy C

Szczerze mówiąc gdybym musiała wybrać tylko jedną z nich, pewnie byłaby to trzecia, z acerolą, ale pozostałych dwóch szybko zaczęłoby mi brakować.

Ostatnim używanym przeze mnie produktem z algowej serii jest maska pod oczy, która również ma postać proszku do wymieszania z wodą. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, kiedy przeczytałam w instrukcji, że takie algowe błotko nakłada się nie tylko pod oczy, ale także na powieki. Uczciwie przyznaję, że zbierałam się do tego jakiś czas, bo bałam się, że papka wpłynie mi do oczu. Nie potrafiłam sobie także wyobrazić całkowitego zaklejenia powiek i późniejszego zdejmowania maski. Na szczęście okazało się, że nie ma się czego bać. Żelek jest na tyle gęsty, że spływa najwyżej na policzki i nie ma szans wpłynąć do zamkniętych oczu. Najlepiej jest poczekać na zastygnięcie maski w pozycji leżącej, żeby nie odpłynęła z powiek za daleko :) Wrażenie jest dosyć dziwne - próbowałam lekko otworzyć oczy po stężeniu maski, ale po prostu się nie dało. Połóżcie sobie palce dłoni na powiekach to dowiecie się, jak to jest. Nie pojawia się żadne szczypanie ani uczucie napięcia czy wysuszenia, więc można się dosyć szybko przyzwyczaić do takiej formy aplikacji. Zdejmowanie maseczki również nie sprawia problemów, nawet na linii rzęs, a efekt jest zdecydowanie warty tego, żeby raz na kilka dni na chwilę się zakleić :) Skóra wokół oczu jest delikatnie napięta, rozjaśniona i sprawia wrażenie wypoczętej, "wyspanej". Dodatkowo jest to bardzo wydajny produkt, bo stosuje się go na niewielkim obszarze. Obok maseczki z acerolą, algowa maska pod oczy to moja ulubienica. A Wy miałyście już do czynienia z kosmetykami tego typu?

środa, 18 stycznia 2012

Misz - masz tematyczny

Nie wiedziałam, od czego dzisiaj zacząć, więc będzie notka zbiorcza ;)

Po pierwsze trochę zapowiedzi. Dotarły do mnie dzisiaj dwie przesyłki. Pierwsza to kosmetyki od portalu Uroda i Zdrowie i możecie się niebawem spodziewać pierwszych recenzji. Otrzymałam zestaw Colgate poprawiający stan dziąseł, "wrzosowy" cień Mariza (zawsze myślałam, że wrzos ma trochę inny kolor ale tym bardziej się bardzo cieszę, bo uwielbiam fiolety) oraz preparat podkładowy pod lakier do paznokci - Bonder firmy Orly. 



Światło jest beznadziejne, więc wypróbowywałam różne sposoby i miejsca robienia zdjęć. Dzisiaj padło na... wannę :) Pierwsze i trzecie zdjęcie były robione z lampą, więc tło wyszło żółtawe, natomiast zdjęcie cieni bez lampy. Rozjaśniłam je na komputerze na tyle, żeby fiolet miał taki odcień, jak w rzeczywistości. Co myślicie o efekcie? Chyba przekonam się do tego sposobu.

W drugiej paczce przyleciały cuda ze sklepu Zrób Sobie Krem. Dostałam ostatnio fioła na punkcie preparatów do włosów i postanowiłam zrobić sobie coś w rodzaju odżywki bez spłukiwania. Jej skład to keratyna 3%, mleczko pszczele w glicerynie 3%, elastyna 3%, konserwant FEOG 1% i woda destylowana 90%. Ponieważ zapach tej mieszanki był dosyć dziwaczny, dodałam jeszcze kilka kropli olejku eterycznego z grapefruita, mam więc 101% odżywki i nadzieję, że zadziała na 102 ;) W Rossmannie kupiłam pustą buteleczkę z pompką. Bardzo fajna rzecz, ma nawet specjalny klips zabezpieczający przed przypadkowym naciśnięciem pompki, więc świetnie nadaje się do zabierania w podróże.




Odmierzałam składniki strzykawką z dziecięcego syropu Nurofen - sprawdza się świetnie, ma dokładną podziałkę, więc polecam ten sposób. Moja asystentka ze zdjęcia poniżej trochę przeszkadzała, ale obyło się bez ofiar.


A jak mowa o zwierzętach, to już dawno miałam wrzucić na bloga zdjęcia mojego wigilijnego manicure, wykonanego według wskazówek Ewalucji. Nie było jakoś okazji, więc wrzucę teraz, bo czemu nie :) Dopiero na zdjęciach zauważyłam, że zapomniałam domalować nieszczęśnikom uszy. Na szczęście nikt nie zauważył i renifery zrobiły furorę na Wigilii biurowej, a potem także na rodzinnej.

Całość wykonana lakierami Constance Carrol - z wyjątkiem nosków - to Mollon PRO. Wszystkie drobne elementy malowałam wykałaczkami.

Jeśli dobrnęłyście do końca tej bałaganiarskiej notki to gratuluję i pozdrawiam :)