piątek, 19 października 2012

Odkurzacz do porów

Kiedyś pokazywałam Wam listę największych dziwactw, wśród akcesoriów kosmetycznych, jakie można znaleźć w azjatyckich sklepach. Przyznałam się, że skusiłam się na odkurzacz do porów, bo był śmiesznie tani, a tak dziwaczny, że byłam go bardzo ciekawa. Zamówiłam go ze strony buyincoins.com, którą ponownie polecam, bo towary są tanie, przychodzą szybko, wysyłka jest bezpłatna i idealnie zabezpieczona.
Urządzonko ma mniej więcej długość długopisu i jest nieco grubsze od kciuka, więc jest całkiem wygodne w trzymaniu. Zasila je bateria - paluszek.
Nie ma regulowanej mocy, przesuwa się po prostu włącznik. Przezroczysta końcówka jest dwustronna, z jednej strony ten "lejek" jest bardziej okrągły, z drugiej węższy i zbliżony do prostokąta - przypuszczam, że zwężenie ma za zadanie ułatwić dotarcie do miejsc takich jak skrzydełka nosa, ale naprawdę nie ma między końcówkami dużej różnicy. Plusem jest to, że można tę część wyjmować i czyścić pod bieżącą wodą.
Sam proces odkurzania jest całkiem przyjemny - końcówka lekko "wsysa" skórę, wibruje i w tym momencie zgodnie z obietnicą producenta pory powinny się magicznie i całkowicie oczyszczać, ale rozczaruję Was - efekt jest dosyć mizerny. Owszem, w paru miejscach ta sztuczka mi się udała, ale żeby oczyścić dobrze całą twarz trzeba by było na to poświęcić całe godziny. Przy używaniu przez kilka minut nie spodziewajcie się spektakularnych efektów. Dodatkowo to dziwadło straszliwie hałasuje! Buczenie słychać w drugim pokoju.
Na szczęście oprócz wymienonych minusów, czyścik posiada także jedną całkiem miłą zaletę - bardzo fajnie masuje skórę i mam wrażenie, że poprawia jej ukrwienie i krążenie przez wytwarzanie zasysającego podciśnienia. W każdym razie zauważyłam, że po takim masażu serum albo krem wchłaniają się lepiej, a skóra  po dłuższym czasie stosowania nawet się lekko ujędrniła, więc jeśli któraś z Was chciałaby osiągnąć taki efekt, to warto spróbować używać takiego odkurzacza jako masażera. 
Szału nie ma, ale to na tyle zabawny i nie do końca bezużyteczny gadżecik, że nie żałuję, że się na niego skusiłam :)

sobota, 6 października 2012

Kuchnia w łazience - TAG

Ostatnio mam fazę na kosmetyki stuprocentowo naturalne czyli takie, które możemy przyrządzić same ze składników powszechnie dostępnych i zazwyczaj znajdujących się w naszych lodówkach i kuchennych szafkach. Dlatego wpadłam na pomysł TAGu, który pozwoli nam podzielić się pomysłami na tanie i skuteczne przepisy na domowe kosmetyki.

Zasady: Wymień trzy ulubione składniki z Twojej kuchni, których używasz także w pielęgnacji i opisz sposób ich wykorzystywania. Podaj nicki dowolnej liczby osób, które nominujesz do wypełnienia tego TAGu.

Moja ulubiona trójka to:

1. Cynamon - ma bardzo wiele zastosowań, ale najbardziej lubię mieszać go z małą ilością jogurtu naturalnego i używać jako rozgrzewającej maseczki na twarz. Po odczekaniu kilkunastu minut i zmyciu skóra jest idealnie gładka i rozgrzana, dzięki czemu wszelkie kremy i serum lepiej się wchłaniają.

2. Miód - najlepszy jest taki już mocno scukrzony, bo idealnie sprawdza się wtedy w roli peelingu do ust.

3. Czarna herbata - kiedy jestem bardzo zmęczona i pieką mnie oczy, moczę płatki kosmetyczne w wystudzonym mocnym naparze czarnej herbaty i kładę je na 10 minut na powieki. Pieczenie przechodzi bardzo szybko i czuję się nagle prawie jak po drzemce :)

Ponieważ to początek TAGu, pozwolę sobie nominować po prostu każdą z osób, która zechce wziąć w nim udział. Mam nadzieję, że zechcecie się podzielić swoimi sprawdzonymi pomysłami :)

niedziela, 23 września 2012

Konkurs urodzinowy - rozstrzygnięcie

Bardzo dziękuję za Wasze odpowiedzi na moje pytanie w poprzednim poście i życzę powodzenia w realizacji wszystkich Waszych celów.
Wybrałam odpowiedź Nimvy, która wykazała się bardzo dużą pomysłowością zarówno w kwestii formy odpowiedzi, jak i w planowaniu środków realizacji celów - zobaczcie same :D


sobota, 15 września 2012

Roczek bloga :)

Założyłam tego bloga w moje urodziny, dokładnie rok temu i zastanawiałam się wtedy, czy w ogóle znajdą się osoby, które będą tu zaglądać.
Dziękuję Wam za odwiedziny, za czytanie, komentowanie, obserwowanie, podrzucanie nowych pomysłów, rady i konstruktywną krytykę :)

Ponieważ wytrzymałyście/liście ze mną tyle czasu :P ogłaszam z tej okazji mały konkurs z nagrodą niespodzianką.
Zadanie konkursowe jest następujące: opisz lub przedstaw w innej formie swój cel na kolejny rok. Do czego dążysz i jakich rezultatów chciałabyś/chciałbyś się doczekać za 365 dni?
Odpowiedzi można zamieszczać w komentarzach, lub wysyłać mi mailem, na nr4@o2.pl. Proszę o podawanie Waszych adresów mailowych, żebym miała jak powiadomić osobę, która wygra. Koniec zabawy o 23.59 w sobotę za tydzień, tj. 22 września. Wyniki ogłoszę w niedzielę 23 września, a wygra osoba, której odpowiedź i cel uznam subiektywnie za najciekawsze, oryginalne i inspirujące dla mnie samej. Powodzenia :)

sobota, 8 września 2012

Papuga Park Hotel - wyszczuplający masaż czekoladowy

Dziś zapraszam Was do lektury ostatniego z serii postów o hotelu Papuga. To, co zrobiło na mnie największe wrażenie pod względem efektywności, zostawiłam na koniec.
Naczytałam się sporo o pozytywnym wpływie czekolady na skórę, pod warunkiem, że zastosuje się ją zewnętrznie ;) Dlatego z dostępnych zabiegów wybrałam właśnie masaż czekoladą.
Zabieg odbywał się w strefie Wellness, w gabinecie wyposażonym w podgrzewane łóżko do masażu i kabinę prysznicową. Wszystko utrzymane oczywiście w klimacie z tysiąca i jednej nocy. Zasłony, świece, mozaiki, kadzidełka i klimatyczna muzyka, czyli elementy ułatwiające zrelaksowanie się i wyciszenie.
Pierwszym etapem jest ułożenie się na łóżku wyłożonym folią termiczną. Dodatkowo zostajemy przykryte drugim kocem i, jak w każdym podobnym zabiegu, odkrywana jest tylko ta część ciała, która jest akurat poddawana masażowi. Oczywiście otrzymujemy jednorazowe stringi i czepek na głowę.
Preparatem używanym do masażu jest prawdziwa gorzka czekolada, z dodatkiem oleju z orzechów laskowych i esencji pomarańczowej. Mogłam jej skosztować przed rozpoczęciem zabiegu i przekonać się, że jest to rzeczywiście produkt w stu procentach naturalny (i jaki pyszny ;) ). 
Łóżko nagrzewa się tak długo, aż osoba masowana poprosi o stabilizację temperatury, ponieważ każdy z nas ma inną tolerancję na gorąco. Ja jestem ciepłolubna, więc temperatura łóżka mogła spokojnie wynosić około 40 stopni. 
Skórę najpierw smaruje się olejem z orzechów laskowych, żeby czekolada, którą nakłada się zaraz potem, nie wsiąkała w skórę natychmiast. Poza tym olej ułatwia poślizg i sprawia, że masaż jest przyjemny, bezbolesny i tak relaksujący, że można przy nim nawet zasnąć. Pani Kinga, która mnie masowała zaproponowała, żebym się trochę zdrzemnęła, ale nie chciałam przegapić żadnego z elementów zabiegu ciekawa, co będzie dalej.
Po dokładnym wysmarowaniu czekoladą całego ciała z pominięciem twarzy, następuje zawijanie w sreberko ;) A dokładniej mówiąc w koc termiczny, którym wyłożone jest łóżko. Dodatkowo kolejną warstwą jest zwykły, ciepły koc z materiału. W takim zawiniątku (jak czekolada w papierku) leży się około 15 minut, żeby czekolada pod wpływem ciepła rozpłynęła się i miała szanse zadziałać. U mnie ten etap trwał dłużej, ponieważ poprosiłam w tym czasie o regulację brwi i hennę, spędziłam więc w folii około 25 minut. Po tym czasie miałam wrażenie, że zupełnie się rozpływam, bo koce jeszcze potęgują ciepło emitowane przez grzałki łóżka.
Na tym właśnie etapie następuje detoksykacja, ponieważ toksyny wraz z potem wydzielane są z organizmu. W ciągu takiego seansu można stracić nawet pół litra potu, a taki efekt trudno osiągnąć nawet podczas forsownych ćwiczeń fizycznych. Oczywiście pamiętajmy, żeby potem uzupełnić płyny pijąc wodę lub np. zieloną herbatę. 
Po spłukaniu resztek czekolady pod prysznicem (bez mydła czy innych środków myjących), skórę smaruje się ponownie olejem i po kilku minutach czekania na jego wchłonięcie można się ubrać.
Efekt jest niesamowity. Skóra staje się bardzo napięta i widocznie ujędrniona. Próbowałam się uszczypnąć w udo, ale zwyczajnie nie dałam rady. Nigdy żaden preparat ujędrniający nie dał mi takiego efektu po tygodniach stosowania, jak te słodkości w godzinę.
Zastanawiam się, czy nie spróbować przeprowadzić podobnego zabiegu we własnym domu z wykorzystaniem dostępnych środków - pewnie spróbuję, ale to i tak nie będzie to samo - chyba, że powiem mężowi, że musi mi wstawić do sypialni podgrzewane łóżko :P