sobota, 11 sierpnia 2012

Zerowe efekty - żelatynowy laminat do włosów

Przyznaję się bez bicia, w kwestii nowinek zdarza mi się iść jak przysłowiowa owieczka za stadem ;) Od paru dni na blogach panuje nowy szał, mianowicie żelatynowe laminowanie włosów. Wszystkie blogerki już na pewno wiedzą, o co chodzi, ale garść informacji dla czytelników spoza tego grona.
Laminowanie żelatyną to z założenia szybka, łatwa i efektywna metoda zamykania łusek włosów, a co za tym idzie, wygładzania włosów, przy użyciu taniego i powszechnie dostępnego środka spożywczego, jakim jest żelatyna.
Laminat przygotowuje się i stosuje bardzo łatwo i szybko. Łyżkę żelatyny zalewamy dwiema - trzema łyżkami gorącej wody i mieszamy do całkowitego rozpuszczenia. W czasie, kiedy mikstura stygnie, należy umyć włosy i osuszyć lekko ręcznikiem. Do żelatynowego żelu dodajemy pół łyżki dowolnej odżywki lub maski do włosów, dzięki której łatwiej będzie nałożyć papkę na włosy. Przykrywamy foliowym czepkiem i turbanem z ręcznika na 45 minut, potem bardzo dokładnie spłukujemy letnią lub chłodną wodą. I tyle.
"I tyle" także w kwestii efektów, niestety. Przyznam się, że byłam bardzo pozytywnie nastawiona do tej metody po przeczytaniu recenzji kilku zachwyconych blogerek, ale niestety - u mnie efekt zerowy.
Przed myciem nałożyłam na suche włosy olej, Amlę. Pierwsze mycie mydłem do włosów z Lawendowej Farmy, drugie mycie szamponem cedrowym Babci Agafii (bez silikonów, parabenów, SLS itd). Bardzo często stosuję takie podwójne mycie, ponieważ delikatny szampon usuwa osad z mydła równie dobrze, jak kwaśne płukanki.
Po myciu nałożyłam żelatynę wymieszaną z trzyminutową odżywką Fructis, bez silikonów. Odczekałam przepisowe 45 minut w turbanie, spłukałam najdokładniej, jak się dało i się zdziwiłam. Moje włosy po takim zabiegu są w identycznym stanie jak i bez niego, szkoda :( Myślę, że może dzięki częstemu stosowaniu olei, koloryzacji henną i kwaśnym płukankom moje włosy są w na tyle dobrym stanie, że inne naturalne metody już nie mają szans zadziałać i dla większego wygładzenia musiałabym użyć silikonów, na co nie mam najmniejszej ochoty. Możliwe, że ta metoda daje tym wyraźniejszy efekt, im bardziej plączące się i kapryśne są włosy osoby, która ją zastosuje. Ale jeszcze bardziej prawdopodobne jest to, że wygładzenie, które dziewczyny tak chwalą to w ogóle nie jest efekt żelatyny, tylko długotrwałego działania odżywki w cieple. Przecież zazwyczaj nakładamy odżywkę w lub po kąpieli, na 3 - 10 minut, a tu aż 45 i to pod przykryciem. 
Jeśli macie jakieś swoje spostrzeżenia co do tej metody, chętnie poczytam. Na razie jestem rozczarowana i nie mam ochoty wypróbowywać jej drugi raz.

środa, 8 sierpnia 2012

OStrożnie z żelem!

OStrożnie bo grozi Wam OStre uzależnienie jeśli zainspirowane/ni tą notką podążycie do Rossmanna albo Reala. Tam właśnie kupić można żele Original Source, w skrócie OS.
Dawno temu natknęłam się na opis jednego z nich na jakimś blogu i najpierw pomyślałam, że trochę drogo. Potem natrafiłam na promocję, w której cena została obniżona z 8.99 na 6.99, a dodatkowo drugi żel dodawano gratis. No i się zaczęło...
Zanim przeczytacie dalszy ciąg i zanim przedstawię kilku moich ulubieńców, chciałabym Was uspokoić - 8,99 za 250ml to wcale nie jest wysoka cena, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt, że żele pienią się jak wściekłe, zwłaszcza na gąbce i dosłownie kilka kropel wystarczy na wyszorowanie całego ciała. Dodatkowo  w każdej butelce zamknięte są ekstrakty i soki z owoców, ziół itp, co moim zdaniem stawia OS na równi z żelami LUSHa, na które do niedawna panował szał na wizażu i polskich blogach kosmetycznych. A, że cena OS jest zdecydowanie przyjemniejsza od ceny LUSHa, warto wypróbować chociaż jeden wariant i samemu zdecydować, czy się je pokocha, czy znienawidzi. Taki tekst odnajdziecie zresztą na nalepce każdej z butelek - pokochasz, lub znienawidzisz - tu nie ma miejsca na obojętność.
Po takim wstępie możecie się już domyślać, że jestem OSoholiczką, która nie wybiera się na żaden odwyk ;) 
Zacznę od zapachu, którego niestety nie ma już na rynku. Co jakiś czas następuje "zmiana warty", kilka żeli wypada z oferty, a zastępuje je coś nowego, pojawiają się także sezonowe limitowanki. Ma to wiele dobrych stron, ale akurat za tym konkretnym będę bardzo mocno tęsknić - zostało mi go w butelce dosłownie tyle, co na jedno użycie i jakoś nie mogę się na to zdecydować :)

Eukaliptus i bazylia - niesamowicie świeże połączenie, orzeźwiające, z delikatną ziołową nutą. Sam żel ma kolor zgniłej zieleni, co nieodmiennie kojarzy mi się ze Shrekiem ale śmiem przypuszczać, że Shrekowe bagno nie pachniało tak ładnie ;)
fot. stylistka.pl

Pomarańcza i imbir - żel w żywym, pomarańczowym kolorze, o pomarańczowo korzennym aromacie. Kojarzy mi się trochę świątecznie, co nie przeszkadzało mi go używać i wiosną :) Coś dla wielbicieli cytrusów i słodyczy

fot. stylistka.pl

Smoczy owoc (pitaja) z pieprzowcem (papryką) - rozgrzewający żel o nietypowym zapachu. Jest słodki i ostry równocześnie - coś jak prawdziwa kobieta :P

fot. stylistka.pl

Cytryna i drzewo herbaciane - idealnie oddany zapach świeżo startej skórki cytrynowej, dodatkowo "ochłodzony" aromatem drzewa herbacianego. Każda butelka tego żelu zawiera to, co najlepsze z 10 prawdziwych cytryn.

fot: stylistka.pl


Czekolada z pomarańczą - absolutnie nie dla odchudzających się! Nie zliczę, ile razy po kąpieli z tym żelem czułam wprost gigantyczną chęć sięgnięcia po delicje. Żaden inny kosmetyk nie przypominał mi delicjowego zapachu tak bardzo, jak ten.

fot. rossnet.pl

To tylko kilka wariantów serii "codziennej". Chociaż może powinnam powiedzieć, że :"niecodziennej", bo czego jak czego, ale codzienności i nudy firmie OS zarzucić nie można. Nie bez powodu hasłem naczelnym reklamującym żele są słowa "nie zawiera rutyny". Na sklepowych półkach znajdziecie jeszcze mango i makadamię, maliny, miętę z czekoladą, miętę z trawą cytrynową, limonkę... Nawet nie jestem w stanie zapamiętać wszystkich :)
Żeby swą nierutynowość pokazać jeszcze bardziej, pojawiają się także limitowanki. Tego lata jest to żel Spearmint, pachnący mocno miętową gumą do żucia, oraz British Strawberry - wersja, która moim zdaniem pachnie jak bardzo mocno truskawkowy cukierek i jest kapitalna. 

fot. barwy-wojenne.blogspot.com
Na koniec dodam, że butelki nadają się do recyklingu i wszystkie poza limitowankami mają praktyczny silikonowy zaworek, dzięki któremu żel się nie wylewa nawet stojąc "na głowie".
Co o nich myślicie? Który zapach przemawia do Was najbardziej?

sobota, 21 lipca 2012

Krem do rąk - Bomb Cosmetics

Ten krem trafił do mnie w pierwszej edycji Blogboxa, czyli stosunkowo dawno temu. Sensownie mogę go opisać dopiero teraz, bo zanim nie nastały upały nie odczuwałam potrzeby regularnego stosowania jakichkolwiek kosmetyków tego typu. W lecie im jest cieplej, tym częściej myję ręce z jednego prostego powodu - na nadgarstkach znajdują się tak zwane punkty ognia czyli miejsca,  w których skóra jest stosunkowo cienka, a żyły umiejscowione dosyć płytko. Dlatego polewanie zimną wodą nadgarstków pozwala na ochłodzenie całego ciała. Częsty kontakt z wodą wodociągową = sucha skóra, więc przypomniałam sobie o tym prezencie czekającym na swą kolej w głębi szafki.
Palm Springs firmy Bomb Cosmetics to krem stworzony na bazie masła shea, z dodatkiem oleju winogronowego i słonecznikowego, oraz esencji geranium i rozmarynu. Przyznam, że w życiu bym nie zgadła   tego "na węch", bo kosmetyk pachnie raczej owocowo, chociaż ciężko by mi go było porównać do jakiegokolwiek znanego mi owocu - to słodki, ale nie mdlący zapach, który długo utrzymuje się na skórze.
Konsystencja jest taka, jaką lubię - coś pomiędzy gęstym mleczkiem a nieprzezroczystym żelem, więc wchłania się szybko, a na skórze pozostaje przyjemny, nietłusty film nadający dłoniom gładkość. Przypuszczam, że za ten efekt odpowiada obecna w składzie gliceryna. Osobiście nie przepadam za tym składnikiem w kremach do twarzy, ale od szyi w dół mi nie przeszkadza :)
Krem ma uroczą, różową barwę i kolorystycznie dodane opakowanie, co jest bardzo przyjemnym estetycznym akcentem. Samo pudełko również przypadło mi do gustu, ponieważ nie jest zakręcane, tylko z wieczkiem "na wcisk", więc zamyka się bezproblemowo i szybko nawet mokrymi rękami, a zamknięcie jest na tyle szczelne, że nawet w podróży pudełko nie powinno sprawiać żadnych kłopotów.
Ogólnie to miła alternatywa dla powszechnie znanej i reklamowanej na blogach Ziai z kozim mlekiem, w dodatku nawilża na zdecydowanie dłużej. Znacie inne kosmetyki tej firmy?

środa, 18 lipca 2012

Przegląd azjatyckich akcesoriów - dziwolągów

Miałam dodać ostatnią z zapowiadanych notek, tj. zestawienie moich perfumeryjnych ulubieńców, ale nie zdążyłam jeszcze obfotografować kolekcji. Często posiłkuję się w notkach zdjęciami z internetu (oczywiście z podaniem źródła) kiedy akurat nie mam pod ręką aparatu, ale do moich "flaszek" mam stosunek sentymentalny - moje ci one ;) I muszą być potraktowane jak należy.

Wpadł mi natomiast do głowy pomysł zebrania informacji o najciekawszych i niespotykanych w Polsce akcesoryjnych dziwolągach kosmetycznych. Jestem ciekawa, czy miałyście z którymś z nich do czynienia?

Kolejność przypadkowa, bo nie mogłam się zdecydować, co mnie bawi i dziwi najbardziej :)

1. Szpikulec ze stali nierdzewnej do likwidowania pryszczy i zaskórników - według sprzedawcy ostra strona służy do nakłuwania (brrr) opornych i nieproszonych "gości", a pętelka na drugim końcu przyciśnięta do skóry usuwa cały problem
fot. buyincoins.com

2. Sprężynka depilująca - przyłożona do skóry i odpowiednio zginana pozwala pozbyć się niechcianego owłosienia - mam wątpliwości, czy jej chwyt może być na tyle mocny, żeby rzeczywiście depilować, ale kto wie?
fot. buyincoins.com

3. Maska - sauna do twarzy. Nawet nie wiem, jak ją skomentować ;) Wykonana ze spandexu, nylonu i gumy, podobno pomaga pozbyć się zmarszczek, podwójnego podbródka, ujędrnić skórę i w ogóle jeszcze na pewno sprząta i gotuje. W każdym razie mam do niej mocno sceptyczne nastawienie i nie skusiłabym się na zakup.

fot. buyincoins.com

4. Likwidator drugiego podbródka - podstawę opiera się o klatkę piersiową, a wystającą część "pompuje" się podbródkiem. W założeniu wysmukla linię szyi i likwiduje niepotrzebne fałdki, ale przypuszczam, że raczej przyprawia o ból karku.

fot. buyincoins.com

5. Lusterko z tarką do ogórków, lub tarka z lusterkiem - nie mam bladego pojęcia, o co chodzi!

fot. buyincoins.com

6. Odkurzacz do twarzy - wytwarza lekkie podciśnienie, oczyszcza pory i jednocześnie masuje skórę. No dooobra, przyznam się - kupiłam :P Za jakiś czas dam znać, jak (i czy w ogóle) się sprawdza.

fot. buyincoins.com

7. Masażery do mycia głowy - akurat ten gadżet bardzo mi się podoba i myślę, że używanie mogłoby być fajne. Ostatnio robi się głośno o tym, że do skóry głowy także od czasu do czasu potrzebny jest peeling - myślę, że taka szczotka używana do masowania głowy podczas mycia da ten sam efekt, a oczyszczona skóra głowy = mocne  włosy.

fot. buyincoins.com

Na pierwszy raz wystarczy, nie chcę Was zamęczyć ;) Jeśli takie zestawienie Wam się spodoba, to być może kiedyś pojawi się następna seria.

To co? Zabieracie się za zakupy? ;)












poniedziałek, 16 lipca 2012

Konkurs makijażowy Klubu Mariza

Dostałam mailem informację o ciekawym konkursie organizowanym przez Klub Mariza. Kosmetyki Mariza być może niektórym z Was są już znane, a jeśli nie, to jest okazja je poznać, bo ich zestawy powędrują do zwyciężczyń konkursu.
Zasady:

Przedstaw swoją propozycję makijażu na lato.

Do dnia 24 lipca (godz 0:00) Klub Mariza zbiera zdjęcia propozycji pod adresem mailowym kontakt@klubmariza.pl. 25 lipca wszystkie nadesłane makijaże zostaną opublikowane na facebooku. Do 31 lipca potrwa tam głosowanie za pomocą znaczków "lubię to". Wygrywają trzy makijaże z największą ilością głosów.
A tu link do konkursu na stronie organizatora


Powodzenia :) Sama chyba nie wezmę udziału, ale trzymam za Was kciuki :)